Boguszewska: w kącie u włókniarskiej rodziny

Helena Boguszewska – współzałożycielka i przewodnicząca zespołu literackiego „Przedmieście” podeszła do tematu rodziny robotniczej inaczej niż większość jej warszawskich poprzedników. Zamiast wpaść na chwilę do Łodzi, opisać dymiące kominy, ludzką nędzę, huk maszyn i umęczone twarze robotnic, poprosiła jedną z nich o przygarnięcie jej do domu. Działo się to w latach 30., w czasach wielkiego kryzysu, spadku koniunktury, zwolnień w fabrykach. Z tej obserwacji uczestniczącej stworzyła reportaż. Tak przynajmniej zostało to opisane, ale obserwacje zgodne są ze wspomnieniami robotniczymi zbieranymi po II wś, więc nie podejrzewam pisarskiej manipulacji. Mieszany podział obowiązków między małżonkami (bez wyłącznie „babskich” czy „męskich” zajęć) występował w wielu – choć na pewno nie we wszystkich – rodzinach włókniarskich, kiedy kobiety pracowały zarobkowo. Zgodny z faktami jest też opis strajku okupacyjnego spacyfikowanego przez policję.
Boguszewska o łódzkich sprawach pisała też w książce Czerwone węże.

*

Włókniarze, „Przedmieście”, Warszawa 1934, (przedruk w antologii Uśmiech Ariadny, Łódź 1973)

Rodzina robotnicza zagospodarowana, zasiedziała, fabryczna. Tradycja włókiennicza. Zajmuje „jedno mieszkanie” na Rzgowskiej czy Radwańskiej: pokój z kuchennym piecem od lepszego gotowania i z żelaznym piecykiem z rurą ciepła. Czterdzieści dziewięć złotych kwartalnie. Mają szafę na rzeczy, kredens, szafkę, dwa łóżka, nakryte na co dzień jasnymi kapami w kwiaty do prania, takimi samymi, jak serweta na stół. Na niedzielę – zielone ze złotem. W oknach piękne firanki, przy oknie nożna maszyna do szycia: matka sama wszystkich obszywa… Kiedy? Przecież pracuje w fabryce, zarabia dwadzieścia cztery złote na tydzień, a w niewielkim pokoju zastawionym tak ciasno tymi meblami, że nie ma gdzie się poruszyć, wszystko oddycha spokojnym ładem unormowanego życia i aż lśni od czystości. Tylko żeby nic nie zmieniać, nic nie przełożyć z miejsca na miejsce, o wtedy wszystko przewróci się w tej ciasnocie do góry nogami. Każda rzecz tak musi stać, jak stoi i wszystko tak musi się dziać, jak się dzieje: wszystko, wszystko jest obmyślone, wypracowane: cały porządek dnia i nocy. I nocy – bo ojciec, włókniarz z dziada-pradziada, idzie do pracy na jedenastą wieczorem. – To są jeszcze fabryki, które pracują na trzy zmiany? Są. Choćby trzy dni w tygodniu, ale na trzy zmiany, żeby maszyn nie zatrzymywać.

Dobrze. Więc ojciec wychodzi zaraz po dziesiątej, bo ma daleko do fabryki., dzieci już dawno śpią, a matka zmywa, zrobi jeszcze co trzeba w domu i sama się kładzie – nie na długo, bo przed czwartą musi wstawać, żeby zdążyć na piątą do pracy. Śniadania już nie je – bierze ze sobą butelkę z herbatą, chleb ze smalcem i idzie. W mieszkaniu jest cicho i ciemno. Żelazny piecyk wystygł, ale chłopcy śpią przykryci pierzyną. A rano przed ósmą wróci ojciec, znowu napali w piecu, ugotuje śniadanie, pomoże im się ubrać i wyprawi Mirka do przedszkola, a Jurka do szkoły, do pierwszego oddziału. Potem ściele łóżka, sprząta mieszkanie podług niezłomnego rytuału, w którym jest biegły na równi z żoną , prócz tego przynosi węgiel z piwnicy i wodę z dołu, o ile na górze zmarzł wodociąg – i gotuje obiad. Przed drugą wraca matka i zastaje gotowy “ślepy kapuśniak”, albo coś z mięsem, albo najtańszą zalewajkę. Chłopcy wracają, jedzą razem na stole nakrytym obrusem i dopiero teraz ojciec idzie spać, a matka “robi w domu:, Sprząta, zmywa, szyje, pierze, przygotowuje na kolację żytnią kawę z chlebem, o ósmej dzieci kładzie spać.

O dziesiątej ojciec wychodzi, i tak samo znowu, tak samo co dzień, w niezłomnym porządku życia bez żadnego podziału na „babskie” i „męskie” roboty…

– U państwa to jak w zegarku: każda rzecz w swoim czasie, każda rzecz na swoim miejscu…

– A bo gdyby nie zachowywać takiego porządku, to by się wszystko rozlazło i nie byłoby żadnego ładu. W mieszkaniu byłoby brudno, dzieci by latały bez opieki, na łobuzów by wyrosły…

– A jak jest u innych?

– Kto chce utrzymać rodzinę w porządku, musi tak: jedno pracuje w dzień, drugie w nocy, żeby zawsze ktoś był w domu. Zawsze da się zrobić, zamienić się z kimś tak, żeby pracować na przemian.

Jest robota po południu i wszystkie trzy krzesła wywędrowały na stół, żeby matka mogła natrzeć pastą niewielki kwadrat podłogi, a zielone ze złotem kapy aż się cisną, żeby wyjrzeć z szafy na niedzielę z dłuższym spaniem, na niedzielę z mięsem na obiad, na niedzielę z masłem do chleba, bez pośpiechu, ze spacerem…

Siedzę przy rozpalonym żelaznym piecyku na niskim stołeczku, z którym przesuwam się w miarę, jak się rozwija rytuał sobotniego sprzątania. Gospodarz skrobie kartofle, gospodyni ściera, szoruje – i tak sobie rozmawiamy. Od czasu do czasu ktoś puka: ciotka przysłała chłopca, żeby pożyczyć trochę cukru. To znów sama wstąpiła, żeby się umówić razem do rzeźnika: ma na jutro wołowinę po siedemdziesiąt groszy. Ciotka mieszka na tych samych schodach i pracuje u Szajblera. Pogadują przy drzwiach, żeby nie zadeptać podłogi. Ciotka wzdycha: – Walczaka zredukowali, Stańczykową zredukowali. – Którą Stańczykową? Tę z Górnego Rynku? – Ach nie, tę co mieszka tam na Chojnach, wiesz? – No, to co ona zrobi teraz? – A co my wszyscy zrobimy, jak na nas przyjdzie?

Nikt nie odpowiedział. Gospodarz dołożył węgla, jakby się nagle zrobiło zimno. Gospodyni poprosiła, żeby się Jurek mógł u ciotki przespać – chodziło o to, żeby mnie pomieścić.

Sobota szła. Zbliżał się punkt kulminacyjny: wanienka zimnej wody, dwa sagany wrzącej, mycie dla całej rodziny. Nim się woda zagrzeje, zjemy sobotni chudy, spóźniony obiad: zalewajkę z chlebem. Chłopcy wrócili ze świetlicy, długo wycierali nogi w specjalnie przygotowaną szmatę, potem w drugą, opowiadali, co Pani mówiła, układali łamigłówkę, klęcząc przy krzesełku, czytali wierszyki z książki…. ojciec usypiał, po prostu walił się ze znużenia, bo dziś wcale się nie kładł po pracy, ale wyszorował każdego kolejno od stóp do głów. Matka powlekała pościel, szykowała czystą bieliznę…

– Jurek, włóż palto i idź do ciotki. Mirek do łóżka.

Zaraz się wszystko zrobi – mówi pogodnie, upadając ze zmęczenia – Wypijesz jeszcze kawy? – pyta ojca.

Ale on już nie chciał, choć twierdził, że mu się już odechciało snu, bo o tej porze w dzień powszedni wychodzi do pracy. Ale po umyciu usnął natychmiast, choć jeszcze ktoś pukał i przy drzwiach szeptano długo o strajku na Widzewie i o redukcjach, choć Mirek gadał podniecony obecnością gościa i uciszany przez matkę, choć na nakrytym stole zjawił się chleb i smalec…

Uspokoiło się wszystko. Teraz przyszedł czas matki: mycie w wystygłej wodzie, sobotnie, dokładne, bez pośpiechu. Światła nie żal, bo jest nie „na licznik”, tylko „na ogranicznik”. Niech się pali, póki chce… Ja już dawno leżę w swoim kącie. Wszyscy śpią. Tylko my dwie rozmawiamy.

– Dobrego pani ma męża – mówię, co przez całe to popołudnie myślałam – że tak każdą rzecz tak umie i che zrobić w domu.

– Dobry jest, nie można powiedzieć. Ale gdzie indziej choć mąż nie jest taki dobry, to jednak też to wszystko robi. W wielu miejscach. Nawet piorą mężczyźni. Bo jak człowiek pracuje, to che, żeby w domy było jak należy, a inaczej się nie da….

– A jak nie pracuje?

Światło gaśnie. Słychać sztywny chrzęst świeżo powieszonej bielizny, cichy syk pierzyny. W ciemności głos mówi powoli, z rozmysłem:

– Jak nie pracuje, to i tak, dopóki ma nadzieję, że wróci do pracy, to wszystko robi jak wpierw. Tylko że jeść stara się jak najmniej. Dopiero jak nie ma żadnej nadziei, jak widzi, że nic z tego, to opuszcza ręce, i niech już się dzieje, co chce. Wtedy zaczyna się wszystko rozłazić. Bo bez pracy nie ma człowiekowi życia. Więc czepia się jak może. Woli trzy dni robić, niż zasiłek brać, choć to na jedno wyjdzie… żeby choć jedną nogą być po tej stronie bramy bo jak już jest po tamtej, to już koniec, już zginął człowiek…

Długo milczymy. Jest cicho i ciemno. Żelazny piecyk pewnie już wystygł? Czuje się, jak wieje od okien. Leżę z otwartymi oczami i tak sobie rozważam, jaka to siła tkwi w tak zorganizowanej rodzinie. Oni nic nie mówią o polityce ani o zmianie ustroju, po prostu tylko robią niezłomnie i zaciekle swoje, robią wszystko, żeby się utrzymać i „nie dać”, przeciwstawiając ten ład – rozkładowi bezrobocia. Nic nie mówią o ustroju, a przecież to jasne, że jakikolwiek on będzie, to będzie się musiał oprzeć na takiej właśnie komórce, jaką stanowią…

W te rozważania wpada po ciemku głos gospodyni. Więc nie spała? Więc myślała może o tym samym?

– Tak, zaczęła. – Tak. Człowiek, jak może, czepia się pracy, żeby tyko nie dać się biedzie. Bo to, co przyjdzie bez pracy, to już jest najgorsze… Więc dlatego… Gdyby nie to, to czyżby dał człowiek sobą tak poniewierać. Pani pytała, czy ja biorę ze sobą śniadanie, jak idę na piątą. Biorę. Ale najczęściej przynoszę nie tknięte, i dzieci zjadają. Bo przełknąć nic nie mogę, jak między tymi warsztatami biegam. Tu się nić zerwie, tu to, tu owo, „winkiel” się zrobi, a mnie te ręce latają – latają, jak sobie pomyślę, że majster przyjdzie, “wyzwie” mnie, a mu nic nie odpowiem, bo co mu odpowiem, kiedy on na każde moje słowo: – Nie podoba się? Brama otwarta. Sto na wasze miejsce. I tak samo ze wszystkim, na przykład urlopami: jak tylko się robotnik do urlopu dopracuje, to go zwalniają, a po czasie znowu biorą, i dobrze jeszcze, jak wezmą. On już, ma się rozumieć, o urlopie nie myśli, tylko aż drży, żeby go wzięli, o nic się nie upomni, bo mu zaraz powiedzą: – Sto na wasze miejsce… – Więc co ma taki człowiek zrobić?

Milknie. I już więcej nie rozmawiamy tej sobotniej nocy.

Łódzkie robotnice i robotnicy w okresie miedzywojnia. Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Miasta Łodzi

Łódzkie robotnice i robotnicy w okresie miedzywojnia (prawdopodobnie podczas strajku w Widzewskiej Manufakturze w 1927 roku). Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Miasta Łodzi

Milczące mury fabryki jak twierdza. Nie pracują. Tylko składalnia nie przerwała wcale roboty. Dalej narożny dom od dołu popielato tynkowany, wyżej czerwono-ceglany. To ten sławny „Konsum”. Wewnątrz wspaniale wygląda perspektywy długich sal i nieskończonych lad, na których wszystko jest, na których wszystkiego dostanie, tylko trochę drożej niż gdzie indziej, troszeczkę, odrobinkę drożej. Pomimo to kupić się musi, bo gotówki nie ma, a są bony do „Konsumu” pięćdziesiąt procent zarobku z fabryki dostaje się właśnie tymi bonami. Pieczywo jest nie droższe, niż gdzie indziej i dobre, ale tak się jakość nieszczęśliwie składa, że właśnie tego pieczywa często brakuje. – Nic nie szkodzi – mówi pani za ladą – chleba brak, to prawda, ale może pani weźmie sardynki? Są świeżutkie… albo ręczniki kosmate, kąpielowe, albo płócienne ściereczki w kratę po trzy za złotówkę?

„Pani” bierze, bo musi brać. Musi sprzedać je na rynku – ze stratą, bo musi mieć gotówkę na chleb, którego zabrakło w Konsumie. Musi też kupić tam węgiel, bo zapłaci bonami, a nie ma gotówki, i musi go transportować, jeśli mieszka daleko, jeśli nie mieszka wcale w jednym z domków ze śpiczastymi dachami, domków o dwu “mieszkaniach” przedzielonych sionką, jak na wsi, z wielkim dziedzińcem i małym ogródkiem z tyłu… Wszystko razem nazywa się Widzewska Manufaktura.

I choć cierpliwa jest „Widzewska Manufaktura”, to jednak o te bony się „rozeszło”. Bo kiedy chciano z tych pięćdziesięciu procent zarobku wypłacanego gotówką jeszcze połowę dać bonami, to znaczy bonami wypłacić siedemdziesiąt pięć procent całego zarobku – to nie zgodzili się i urządzili włoski strajk, to znaczy – nie wyszli po pracy z fabryki. Cztery tysiące ludzi.

W języku prasy codziennej nazywa się to: okupowali tereny fabryczne.

Zgromadzili się w przędzalni na dole, mieli ciepło, siedzieli, leżeli na belach bawełny „jak w puchu” – opowiada robotnica. Stoi przy żelaznym piecyku z rurą, postukuje drewnianą łyżką o brzeg garnka, w którym się gotuje ten „ślepy kapuśniak”, w innej dzielnicy zwany znowu „dziadowską spółką”*.

Więc siedzieli na tych belach, przynoszono im jeść. Niczego się nie spodziewali, bo przecież siedzieli spokojnie, żądali tylko wypłacenia zaległości, i żeby niczego nie zmieniali na gorsze… Tak było przez trzy dni. Czwartego weszła policja.

W języku prasy codziennej nazywa się to: opróżnianie fabryki od robotników. Trwało sześć godzin, odbyło się „w zupełnym spokoju”, po czym w gmachu fabrycznym znaleziono kilkadziesiąt zemdlonych osób…

Więc od czego one zemdlały? Od spokoju? Taką już miały indosynkrazję do spokoju? Nie mogły znieść spokoju?

Płyną opowiadania. Płyną łzy. Drewniana łyżka postukuje o brzeg garnka.

… teraz mają, co mieli przedtem, przed tym strajkiem, przed tym zemdleniem kilkudziesięciu osób „ze spokoju”. Znowu te pięćdziesiąt procent gotówką, a reszta bonami.

– I musi się brać, moja pani, musi się brać, bo przed człowiekiem nie ma wyjścia… Ot i teraz, ot it teraz widzi pani, muszę go posłać, bo co mam zrobić: Albin skocz no do Konsumu po ćwierć kila słoniny i kawy ćwierć…

I ręce aż się załamują nad pokrywą „dziadowskiej spółki” – a Albin leci do Konsumu…

– Bo przecież, jak tylko człowiek chce coś zrobić, to mu powiedzą: sto na wasze miejsce. Więc jak ma żyć taki człowiek?

 

* „Ślepy kapuśniak” vel „dziadowska spółka” to kapuśniak gotowany bez mięsnej podkładki. Dziś powiedzielibyśmy – wegański.

Jedna uwaga do wpisu “Boguszewska: w kącie u włókniarskiej rodziny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s