opowieści z miasta włókniarek – nowy projekt Topografii


Co się właściwie wydarzyło w Łodzi w latach 90. XX wieku?

Jak upadały wielkie zakłady przemysłowe?

Kto dziś jeszcze może nam opowiedzieć o dziedzictwie Łodzi włókienniczej?

Takie pytania postawiły sobie koordynatorki nowego projektu Stowarzyszenia Topografie, Joanna Kocemba i Izabella Alwingier. Razem z dr Agatą Zysiak wspieram je merytorycznie.

Zbieramy opowieści o przełomie lat 80. i 90. i wciąż poszukujemy osób związanych z łódzkim przemysłem włókienniczym, które chciałyby podzielić się z nami swoją historią. Prosimy o kontakt pod numerem telefonu:
605 048 040 (Izabella Alwingier)
604 306 589 (Joanna Kocemba)
lub na adres mailowy: wlokniarki@topografie.pl

Informacja o projekcie poniżej. Relacje z kolejnych etapów projektu publikowane będą na blogu portalu Miastograf.pl – TUTAJ. Czytaj dalej

wzruszam się często nad kaszą

 

MM: A więcej dziewczyn wyjeżdżało, czy chłopaki też?

EW: Nieee, dziewczyny raczej. Z naszej wsi też wyjechały dwie siostry, no i tam z drugiej wsi, co też je znałam ze szkoły, też wyjechały. Tutaj później się dopiero z nimi spotkałam. […]

MM: A dlaczego raczej dziewczyny wyjeżdżały?

EW: No bo właśnie szukały też (ze śmiechem) lepszego życia jakiegoś, jak tam na wsi nie miały. Oni tam mieli ze dwie morgi, a ich było więcej, dla wszystkich nie starczało, no to szukali jakiejś roboty. No i wtedy było tak, rozniosło się później, że tu potrzebują, i wszyscy tak do Łodzi, do Łodzi, te fabryki, wszystko powstawało i było potrzeba ludzi…

Czytaj dalej

Maria Przedborska – kolejne poszlaki w śledztwie

Wiadomo więcej, znacznie więcej, o Marii Przedborskiej niż opisałam w lutym (tutaj). Jednocześnie jeszcze więcej jest sprzeczności i wciąż wiele niewiadomych.

Ten tekst chciałam wrzucić zaraz po dokonaniu Wielkiego Odkrycia, ale niełatwo być reporterką z archiwów. To wszystko przypomina archeologię, albo detektywistykę (taką realną, nie filmową) – zajęcia opierające się głównie na szukaniu i czekaniu (czekaniu, czekaniu, czekaniu), a do tego jeszcze wypełnianiu rewersów. Na kilkadziesiąt lub kilkaset przeszperanych stron, przypada jedno odkrycie. Potem wracam do domu i szybko zrzucam zdjęcia materiałów, żeby nigdzie nie zginęły. Potem ruchem konika szachowego przesuwam się kilka dekad do przodu, tonę w innych materiałach i nie wystarcza już sił na raportowanie na bieżąco. Właśnie dlatego na blogu wciąż trwa międzywojnie, chociaż w realu szlajam się gdzieś pomiędzy PRL-em a transformacją ustrojową.

Po napisaniu pierwszego tekstu z wierszami Przedborskiej dość szybko odkryłam, że jakieś materiały na jej temat są w zbiorach po Eugeniuszu Ajnenkielu w Archiwum Państwowym w Łodzi, tylko trudno mi było ostatnio wyrwać trochę czasu na wizytę w oddziale APŁ przy al. Kościuszki. Chyba każdy badacz i badaczka łódzkiej kultury robotniczej co najmniej raz w życiu kieruje ciepłe uczucia w stronę nieboszczyka Ajnenkiela, syna szewskiego, polityka, historyka ruchu robotniczego. To był taki dzień, kiedy i ja pomyślałam ku niemu: „Stary, na ciebie zawsze można liczyć”. Czytaj dalej

1 Maja na robotniczej fotografii

 

Rozległy plac wygląda jak wybrukowany głowami w kapeluszach. Na pierwszym planie sumiaste wąsy, białe koszule z krawatami, bębny, tuby i puzony. Z prawej dwóch klarnecistów, z lewej obok werbla kilkuletni chłopiec w skromnym sweterku. W środku powiewa gładka flaga. Na niebarwnej fotografii jest szara, w rzeczywistości miała prawdopodobnie kolor czerwony. Jest 1 maja 1919 roku, na zdjęciu są pracownicy cementowni w Goleszowie na Śląsku Cieszyńskim.

Cementownia powstała w 1889 roku, czyli dokładnie w tym samym roku, w którym II Międzynarodówka ustanowiła 1 maja Międzynarodowym Dniem Ludzi Pracy. Stowarzyszenie partii i organizacji socjalistycznych chciało w ten sposób upamiętnić wydarzenia majowych strajków z 1886 roku w Chicago, kiedy walka o wprowadzenie 8-godzinengo dnia pracy przyniosła ofiary śmiertelne. Zdjęcie z Goleszowa pochodzi z repozytorium cyfrowego „Robotnicy XIX i XX wieku” przygotowanego przez Instytut Etnologii Uniwersytetu Łódzkiego. Fotografie zebrano w roku 1985 podczas konkursu ogłoszonego przez polską prasę i po finalnej wystawie przekazano do UŁ. Jeszcze nie zorientowałam się w pełni w skomplikowanych prawach do publikacji tych zdjęć, więc na razie po prostu je Wam opowiem.

Tego samego dnia, co w Goleszowie, ktoś zrobił zdjęcie ciasno wypełnionej ulicy w Płocku. Ludzie zajmują całą jezdnię i chodnik, obserwatorzy stoją na balkonach. Zdjęcie jest niewyraźne, jak wiele plenerowych fotografii z tego okresu. Reportaż nie był łatwy w czasach klisz i długiego naświetlania. Nie można rozpoznać twarzy, tylko nieostre sylwetki i napisy na kilku transparentach: „Bezwłocznego Uwolnienia Wszystkich Więźniów POLITYCZNYCH” i „Niech żyją Rady. Del. Rob.” (chodzi zapewne o Delegatów Robotniczych). Czytaj dalej

Maria Przedborska – poetka z inspekcji pracy


WŚRÓD KOMINÓW ŁODZI –
Przedmowa do wydania pierwszego

Maria Przedborska (wł. Felicja Maria Przedborska) to nieznana szerzej, fascynująca postać łódzkiego międzywojnia, o której istniały przypuszczenia, że była dwiema różnymi osobami.

Według Słownika biograficznego Żydów łódzkich oraz z Łodzią związanych urodziła się 30 października 1888 roku. Córka Ludwika Przedborskiego, lekarza, i Puliny (Perły) z Konów. Skończyła Uniwersytet Jagielloński w Krakowie, obroniła doktorat z filozofii.

Jej (choć nie ma co do tego stuprocentowej pewności) Pamiętnik siostry Czerwonego Krzyża drukowano w 1919 r. w „Robotniku”. W 1922 r. nakładem „Księgarni Polskiej” ukazały się poezje z lat I wojny światowej zatytułowane Czerwony Krzyż. Na początku lat 20. uczyła propedeutyki filozofii w warszawskim gimnazjum, należała do zarządu Towarzystwa Krzewienia Oświaty.

Pod pseudonimami „Maria” i „M-a P-a” publikowała wiersze i recenzje z warszawskich teatrów w „Sfinksie”, „Widnokręgu”, „Głosie Porannym”. W „GP” już pod imieniem i nazwiskiem ukazywały się w latach 30. jej artykuły-sprawozdania z sytuacji w łódzkich fabrykach i cykl wierszy Wśród kominów Łodzi. Po powrocie do rodzinnego miasta w latach 30. pracowała w inspekcji pracy i w komisji rewizyjnej Stowarzyszenia „Urlopy Pracownicze”. Mieszkała przy ul. POW 4.

Odnalazłam ją właśnie jako inspektorkę, dzięki Halinie Krahelskiej – znienawidzonej przez łódzkich fabrykantów autorce opracowania z 1927 r.  Łódzki przemysł włókienniczy wobec ustawodawstwa pracy (równie fascynująca postać!). Przedborskiej udało się przekonać robotnice do opowiedzenia swoich historii: o warunkach pracy i życia, o wykorzystywaniu seksualnym kobiet w fabrykach. Zebranymi materiałami dzieliła się z Krahelską, która część z nich włączyła do swoich wspomnień inspektorki pracy wydanych w 1936 r.

Spędziłam trzy noce na przepisywaniu twórczości Przedborskiej drukowanej pomiędzy artykułami o handlu, felietonami o modzie i reklamami przemysłowców, których bezlitośnie krytykowała. Kilka razy pobłądziłam w różnych tropach jej biografii, kilka razy popłakałam się przy jej poezji, przywiązałam się do Marii na poważnie, a w mojej głowie zaczęły rysować się różne pytania i scenariusze: skąd brała na to wszystko siłę? jak to się stało, że porzuciła nauczycielsko-filozoficzną karierę na rzecz żmudnej walki o prawa pracownicze? dlaczego nikt nigdy wcześniej mi o niej nie opowiedział?!

Życiorys jak widać miała gęsty i wszechstronny (wszystkie informacje podaję za Słownikiem biograficznym Żydów łódzkich). Dlatego pewnie Tadeuszowi Gicgierowi przy pisaniu Opowieści o dawnych poetach Łodzi wydawało się bardziej prawdopodobne, że istniały dwie osoby, które nosiły to samo imię i nazwisko i obie były poetkami. Młodsza miała rzekomo urodzić się w 1915 r. i uczęszczać do gimnazjum im. E. Orzeszkowej w Łodzi (T.G. zmarł w 2005 r., więc nie spytam się już, jakie miał dowody, ani czy ktoś odpowiedział na jego apel o przesyłanie wszelkich informacji o Marii).

Data ani miejsce jej śmierci nie są znane. Gicgier, któremu wydawało się, że pisze o „młodziutkiej poetce” stawiał hipotezę nagłej emigracji z kraju pod koniec lat 30. (choć nie był w tym jedyny). Według pamiętników Henryka Makowera w czasie II wojny światowej prowadziła w getcie warszawskim kursy maturalne dla uczniów szkół średnich, być może więc zaginęła/zginęła w wojennej zawierusze…

[Aktualizacja z dn. 30.05.2017 r. – jest pewne, że Maria Przedborska zginęła podczas wojny, najprawdopodobniej w getcie. Więcej informacji tutaj.]

*

Niektóre z wierszy Przedborskiej zostały opublikowane w tomach zbiorowych, ale nikt nigdy nie pokusił się o wydanie jej dzieł zebranych, czy chociaż zbioru Wśród kominów Łodzi. Wygląda więc na to, że jest to pierwsza w historii publikacja tego cyklu w całości.

Krytycy literaccy zarzucali jej monotomatyczność, ale dobrze widać, że nie z myślą o nich pisała. Bez żadnej cenzury w poezji oddawała wszystkie swoje obserwacje, które dotyczyły łódzkiego środowiska robotniczego w czasach wielkiego kryzysu lat 30., w szczególności kobiet. Wiersze opublikowane w roku 1934 w nr 354 „Głosu Porannego”  zadedykowała:

ROBOTNICY ŁÓDZKIEJ
– jej pracy, zmaganiom i męce,
jej modlitwom, zawodom i przekleństwom
jej życiu, konaniu i śmierci
jej bohaterstwu kobiecemu.

 

Maria Przedborska. Zdjęcie zamieszczone przy jej artykule w "Głosie Porannym" w 1938 r.

Maria Przedborska. Zdjęcie zamieszczone przy jej artykule w „Głosie Porannym” w 1938 r.

 

Maria Przedborska
WŚRÓD KOMINÓW ŁODZI, 1932-1936
[przy przepisywaniu zachowałam zgodną z oryginałem pisownię, ortografię, etc.]

„Głos Poranny”, nr 272/1932

Nieszczęśliwe wypadki
Skaleczone, przebite, ucięte, zmiażdżone
palce, dłonie, ramiona w chwycie maszyn ślepym…
Ciemno oczy, ogłuchłe uszy, poparzone
nogi, biodra, strzaskane piersi i czerepy…

Gryzącemi płynami potwornie wyżarte,
sprasowane przez dźwigi, naciągnięte na wał,
rażono prądem, podczas eksplozji rozdarte,
silne, nagle zamarłe, biedne ludzkie ciała…

Nieszczęśliwe wypadki… Jak z badań wynika,
nieuniknione – mimo ochron i ostrzeżeń:
w sześćdziesięciu procentach wina robotnika,
Może… pewnie… tak… (Skąd się tylu winnych bierze)

A w czterdziestu?! – Zginajcie, prostujcie się, prężcie
ślizgajcie przez cień groźną, w pyle, dymie, parze:
dzień każden gwiazdy wasze – szczęście czy nie­
szczęście — na stropie sali nieci, o losu nędzarze!

Pręty, siatki, poręcze, koryta, kaptury,
manometry, sygnały, maski, rękawice
i jeden krótki moment: błysk gromowej chmury,
Krzyk straszny… Po nim cisza.., W nich dwie tajemnice.

Płoną gwiazdy czy gasną? – Wy ich nie widzicie,
chleb wszak trzeba zdobywać dla siebie i dziecka!
Nie zatrwoży nic tego, kto już wie, iż życie
jest stokroć podstępniejsze, niźli śmierć zdradziecka…

 

Czytaj dalej

Jack ceruje pończochy, czyli włókiennicy wokół matki

 

W latach 30. XIX wieku pewien robotnik brytyjski imieniem Joe w poszukiwaniu pracy zapędził się do okręgu włókienniczego w Lancashire. Tam spotkał swojego starego przyjaciela, bezrobotnego, którego rodzinę utrzymywała żona: biedny Jack siedział przy ogniu na drzewie i co on robił? Siedział i cerował swojej żonie pończochy igłą do cerowania, a jak tylko zobaczył swojego starego przyjaciela przy drzwiach to starał się to ukryć. Ale Joe zobaczył i powiedział: Jack do diabła, co tyż ty robisz? Jack zawstydził się bardzo: ja wiem, że to nie moja robota, ale moja biedna żona jest na fabryce, ona musi iść o pół do 6 i pracuje do 8 godziny wieczór, ona jest zmordowana, że nie może robić jak przychodzi do domu to ja muszę wszystko za nią robić, co mogę, bo ja nie mam pracy więcej jak trzy lata, już jej nie dostanę do końca życia. A potem zapłakał grubymi łzami.

Jest dosyć pracy dla kobit i dzieci tutaj w okolicy, ale nie ma dla mężczyzn, można prędzej znaleźć na ulicy sto funtów jak pracę, ale ja bym nie wierzył, że ty albo kto inny będzie widział mnie, że ja cerował mojej żonie pończochy, bo to jest zła robota, ale ona nie może prawie stać na nogach, boję się, że całkiem zachoruje i wtedy ja nie wiem, co się z nami stanie, bo ona jest już długo mężczyzną w domu, a ja kobitą, to jest zła robota Joe. I płakał gorzko i mówił, że tak nie było zawsze. Teraz jest przewrócony świat, Mary musi pracować, a ja muszę tu być, pilnować dzieci, zamiatać i prać, piec i cerować, bo jak ta biedna żona przychodzi do domu wieczorem, to jest zmęczona i scharowana. Jest ciężko. Zaczął znów płakać. Wolał żeby się nigdy nie ożenił i żeby nigdy nie narodził. Czytaj dalej

rocznica

Dziś mija 98 lat odkąd kobiety w Polsce uzyskały czynne i bierne prawo wyborcze w roku 1918. Najmłodsza z moich prababek, Stanisława, babcia Stasia, miała wtedy dwa lata i była pierwszą z kobiet w rodzinie, która w dorosłość wchodziła już z prawem politycznego głosu. Zawsze, kiedy o tym myślę, ogarnia mnie szczególne wzruszenie, bo choć ledwie ją pamiętam, to nasze biografie miały jeszcze szanse się skrzyżować. Matka matki mojej matki umarła kiedy miałam kilka lat. Czytaj dalej