Maria Przedborska – poetka z inspekcji pracy


WŚRÓD KOMINÓW ŁODZI –
Przedmowa do wydania pierwszego

Maria Przedborska (wł. Felicja Maria Przedborska) to nieznana szerzej, fascynująca postać łódzkiego międzywojnia, o której istniały przypuszczenia, że była dwiema różnymi osobami.

Według Słownika biograficznego Żydów łódzkich oraz z Łodzią związanych urodziła się 30 października 1888 roku. Córka Ludwika Przedborskiego, lekarza, i Puliny (Perły) z Konów. Skończyła Uniwersytet Jagielloński w Krakowie, obroniła doktorat z filozofii.

Jej (choć nie ma co do tego stuprocentowej pewności) Pamiętnik siostry Czerwonego Krzyża drukowano w 1919 r. w „Robotniku”. W 1922 r. nakładem „Księgarni Polskiej” ukazały się poezje z lat I wojny światowej zatytułowane Czerwony Krzyż. Na początku lat 20. uczyła propedeutyki filozofii w warszawskim gimnazjum, należała do zarządu Towarzystwa Krzewienia Oświaty.

Pod pseudonimami „Maria” i „M-a P-a” publikowała wiersze i recenzje z warszawskich teatrów w „Sfinksie”, „Widnokręgu”, „Głosie Porannym”. W „GP” już pod imieniem i nazwiskiem ukazywały się w latach 30. jej artykuły-sprawozdania z sytuacji w łódzkich fabrykach i cykl wierszy Wśród kominów Łodzi. Po powrocie do rodzinnego miasta w latach 30. pracowała w inspekcji pracy i w komisji rewizyjnej Stowarzyszenia „Urlopy Pracownicze”. Mieszkała przy ul. POW 4.

Odnalazłam ją właśnie jako inspektorkę, dzięki Halinie Krahelskiej – znienawidzonej przez łódzkich fabrykantów autorce opracowania z 1927 r.  Łódzki przemysł włókienniczy wobec ustawodawstwa pracy (równie fascynująca postać!). Przedborskiej udało się przekonać robotnice do opowiedzenia swoich historii: o warunkach pracy i życia, o wykorzystywaniu seksualnym kobiet w fabrykach. Zebranymi materiałami dzieliła się z Krahelską, która część z nich włączyła do swoich wspomnień inspektorki pracy wydanych w 1936 r.

Spędziłam trzy noce na przepisywaniu twórczości Przedborskiej drukowanej pomiędzy artykułami o handlu, felietonami o modzie i reklamami przemysłowców, których bezlitośnie krytykowała. Kilka razy pobłądziłam w różnych tropach jej biografii, kilka razy popłakałam się przy jej poezji, przywiązałam się do Marii na poważnie, a w mojej głowie zaczęły rysować się różne pytania i scenariusze: skąd brała na to wszystko siłę? jak to się stało, że porzuciła nauczycielsko-filozoficzną karierę na rzecz żmudnej walki o prawa pracownicze? dlaczego nikt nigdy wcześniej mi o niej nie opowiedział?!

Życiorys jak widać miała gęsty i wszechstronny (wszystkie informacje podaję za Słownikiem biograficznym Żydów łódzkich). Dlatego pewnie Tadeuszowi Gicgierowi przy pisaniu Opowieści o dawnych poetach Łodzi wydawało się bardziej prawdopodobne, że istniały dwie osoby, które nosiły to samo imię i nazwisko i obie były poetkami. Młodsza miała rzekomo urodzić się w 1915 r. i uczęszczać do gimnazjum im. E. Orzeszkowej w Łodzi (T.G. zmarł w 2005 r., więc nie spytam się już, jakie miał dowody, ani czy ktoś odpowiedział na jego apel o przesyłanie wszelkich informacji o Marii).

Data ani miejsce jej śmierci nie są znane. Gicgier, któremu wydawało się, że pisze o „młodziutkiej poetce” stawiał hipotezę nagłej emigracji z kraju pod koniec lat 30. (choć nie był w tym jedyny). Według pamiętników Henryka Makowera w czasie II wojny światowej prowadziła w getcie warszawskim kursy maturalne dla uczniów szkół średnich, być może więc zaginęła/zginęła w wojennej zawierusze…

[Aktualizacja z dn. 30.05.2017 r. – jest pewne, że Maria Przedborska zginęła podczas wojny, najprawdopodobniej w getcie. Więcej informacji tutaj.]

*

Niektóre z wierszy Przedborskiej zostały opublikowane w tomach zbiorowych, ale nikt nigdy nie pokusił się o wydanie jej dzieł zebranych, czy chociaż zbioru Wśród kominów Łodzi. Wygląda więc na to, że jest to pierwsza w historii publikacja tego cyklu w całości.

Krytycy literaccy zarzucali jej monotomatyczność, ale dobrze widać, że nie z myślą o nich pisała. Bez żadnej cenzury w poezji oddawała wszystkie swoje obserwacje, które dotyczyły łódzkiego środowiska robotniczego w czasach wielkiego kryzysu lat 30., w szczególności kobiet. Wiersze opublikowane w roku 1934 w nr 354 „Głosu Porannego”  zadedykowała:

ROBOTNICY ŁÓDZKIEJ
– jej pracy, zmaganiom i męce,
jej modlitwom, zawodom i przekleństwom
jej życiu, konaniu i śmierci
jej bohaterstwu kobiecemu.

 

Maria Przedborska. Zdjęcie zamieszczone przy jej artykule w "Głosie Porannym" w 1938 r.

Maria Przedborska. Zdjęcie zamieszczone przy jej artykule w „Głosie Porannym” w 1938 r.

 

Maria Przedborska
WŚRÓD KOMINÓW ŁODZI, 1932-1936
[przy przepisywaniu zachowałam zgodną z oryginałem pisownię, ortografię, etc.]

„Głos Poranny”, nr 272/1932

Nieszczęśliwe wypadki
Skaleczone, przebite, ucięte, zmiażdżone
palce, dłonie, ramiona w chwycie maszyn ślepym…
Ciemno oczy, ogłuchłe uszy, poparzone
nogi, biodra, strzaskane piersi i czerepy…

Gryzącemi płynami potwornie wyżarte,
sprasowane przez dźwigi, naciągnięte na wał,
rażono prądem, podczas eksplozji rozdarte,
silne, nagle zamarłe, biedne ludzkie ciała…

Nieszczęśliwe wypadki… Jak z badań wynika,
nieuniknione – mimo ochron i ostrzeżeń:
w sześćdziesięciu procentach wina robotnika,
Może… pewnie… tak… (Skąd się tylu winnych bierze)

A w czterdziestu?! – Zginajcie, prostujcie się, prężcie
ślizgajcie przez cień groźną, w pyle, dymie, parze:
dzień każden gwiazdy wasze – szczęście czy nie­
szczęście — na stropie sali nieci, o losu nędzarze!

Pręty, siatki, poręcze, koryta, kaptury,
manometry, sygnały, maski, rękawice
i jeden krótki moment: błysk gromowej chmury,
Krzyk straszny… Po nim cisza.., W nich dwie tajemnice.

Płoną gwiazdy czy gasną? – Wy ich nie widzicie,
chleb wszak trzeba zdobywać dla siebie i dziecka!
Nie zatrwoży nic tego, kto już wie, iż życie
jest stokroć podstępniejsze, niźli śmierć zdradziecka…

 

Wilkarz
Kim jesteś, człowieku, od stóp aż do głowy
obrosły kłakami wełny i bawełny?
ty, co – zamiast tlenu – kurz oddechem zdrowym
chwytasz i chleb gryziesz w ustach, kurzu pełnych?

– Wilkarzem w wilkowni: przy wilku, potworze,
zębami szarpiącym wbite weń gałgany,
w gorszej, niż wilk, siedzisz w brudno-szarej norze,
jak wilk często głodny, zaszczuty, zziajany.

Kierownik ci wręczył przeciwpylną maskę
niech sam wprzód spróbuje pracować w niej dłużej!
Ty swą chustę wolisz — za ochrony łaskę
dziękujesz, powietrza łakniesz, choćby z kurzem!

Ekshaustorów niema dziś, jak i przed laty:
„kosztowna inwestycja” – twierdzi opór tępy.
Przeto, kłami wilka czy swemi rwąc szmaty,
musisz zdzierać biedne swe płuca na strzępy!

Musisz je wypluwać w złym kaszlu wśród nocy,
gdy ciężar okrutny piersi ci przygniecie,
w kasie chorych szukać napróżno pomocy,
aż – zżartego pyłem – śmierć jak pył cię zmiecie…

 

Przykręcacz
Sprężyste masz ciało, mocne ręce, nogi,
młode płuca, serce, więc przy selfaktorze
w granicach trzech metrów dzień w dzień długość drogi,
równej nici, którą gonisz, przebiec możesz.

Stopy bose; gołe ramiona; sportowa
najcieńsza koszula; jak najlżejsze spodnie.
Naprzód! wtył!! – Tchu w piersi brak… dymi się głowa…
– Zrzucić skórę własną, by czuć się swobodniej!

A, psia krew! cholera!! Życie trwa tak krótko –
gdzie użyć rozkoszy, jak nie przy robocie?
W ustępie orzeźwiasz się tytoniem, wódką,
śliczną prządkę ściskasz raz poraz w przelocie!

Majster z boku patrzy i skry z oczu miota
nie widział awantur na pięści i noże?
Wściekło zdrów i zdrowo wściekły (nie dziwota!)
jest przykręcacz w pracy przy swym selfaktorze!
————————————————–

Naprzód! wtył.! Bez przerwy! dzień w dzień
Mocno nogi poczynają chwiać się… w uszach głośno dzwoni…
Serce pada wpoprzek nieskończonej drogi,
zbiegane w obłędnej za nicią pogoni…

 

W tkalni
Przeogromna hala – dwa tysiące krosien,
przeogromna hala – tysiąc robotników!
Krzyknij z całej siły – zamrzesz w niemym głosie:
tak zamiera w każdej chwili tysiąc krzyków!

W ciągły szum transmisji wpadają miarowe
ostre uderzenia, które mógłbyś zliczyć.
Trzeszczy dach – zda ci się, że runie na głowę…
drży ziemia – czy grozi wybuch tajemniczy?…

Straszliwy huk czaszkę rozsadzi ci zaraz?
w tętnicach twych gonią się tkackie czółenka?
– Osiem godzin biegnie wskazówka zegara:
nerw tępieje, ale w tym czasie nie pęka!

Na trzeci dzień, czwarty, piąty czy dziesiąty
tak się przyzwyczaisz do stuku i wstrząśnień,
że w domu ci huczeć pocznie cisza w kątach
i spoczynek będzie drażnił cię nieznośnie.

Łap! wiąż! rwij! łącz! – ciągle czujnemi oczyma
rękoma, nerwami, wolą! Zlej się w całość
z tą żelazną masą, która ciebie trzyma,
której jesteś cząstką nieskończenie małą!…

 

W farbiarni
Mgła wszystko spowija. W tej mgle nie odróżniasz
drzwi, okien, podłogi, sufitu, ścian białych,
maszyn ani kadzi: niezgłębiona próżnia,
w niej mgła, wsysająca wraz z tobą świat cały.

Towarzyszy nawet, którzy obok ciebie
pracują, nie widzisz – chyba, że na moment
wiew powietrza przedrze, by wiatr chmurę w niebie,
mgłę: otwarte oczy znów są niewidome.

Straszliwy żar spala ci pierś obnażoną,
na pęknięte wargi pot kroplami ścieka…
Trza obracać przędzę! Nie wolno ramionom
dać spocząć: suszarnia na wkład świeży czeka!

Podobno obecnie w farbiarniach już wszędzie
stosuje się nowy system odemglenia.
Tyś o tem nie słyszał. Co, kiedy, jak będzie
wiedzą inni: w twem „dziś“ wszak nic się nie zmienia…

Mgła wszystko spowija. W tej mgle nie odróżniasz
drzwi, okien, podłogi, sufitu, ścian białych
maszyn ani kadzi: niezgłębiona próżnia,
w niej mgła, wsysająca wraz z tobą świat cały…

 

Okna
Okno: sto kwadracików szyb w żelaznej ramie,
obrosłych wiecznym kurzem, bawełną i brudem,
przez które promień słońca przedziera się z trudem
i ludziom w mrocznej sali o dniu jasnym kłamie.

W niem lufcik, szerokości dwóch takich kwadratów:
przezeń wchodzi powietrze – powietrze z ulicy.
Przy maszynach spoceni, bladzi robotnicy,
zapadli w najciaśniejszą pieśń bezkresnych światów.

Brzask… południe… i wieczór… Noc… – Dzień nie ma końca!
Rwą się płuca, jak gałgan w szarpaczu, na strzępy…
Dość już! Ciała się budzą z ospałości tępej:
„Rozwalić okna!! Chcemy powietrza i słońca!!”

 

„Głos Poranny”, nr 293/1932

Dzień powszedni i święto
Gwizd syren długi. Zatrzymanie wałów
Granica światów – rewizja w portjerni:
przestrzeń, powietrze, własność swego czasu,
oddawanego w dnia jarzmie najbierniej.

Żywioł, do maszyn przykuty, za mury
sal wypuszoczony, by w cieśni więziennej:
tłum wielogłowy, w rozgwarze ponury,
zawsze jednaki, a ciągle odmienny.

Bluzy i palta mężczyzn, na wypłatę
kupione, zżarte przez dym, smar i pyły,
barwniejsze kobiet chusty w dużą kratę,
rosnącą garbem na plecach pochyłych.

W kieszeni bluzy, w zgięciu każdej chusty
próżna po pracy butelka od kawy.
Zbolałe mięśnie rąk i nóg… brzuch pusty…
pośpiech do stołka i gorącej strawy…

Ciąg ulic – drogi kres nazbyt daleki…
Tramwaj – cudowna łódź w burzliwem mieście…
Próg domu: wrzask… płacz… drobiazg bez opieki…,
zaduch, ciasnota… kłótnie… Noc… noc wreszcie….

Skrawek pościeli. Sen – błogość niebytu,
przerwana chucią żywotnej rozpaczy:
jęk… spazm miłosny… Znów gwizd: dzień – bez świtu…
Tak dziś, tak jutro – i nigdy inaczej…

Niedziela – krótka klamra, spinająca
męki powszedniej rozdzielone doby…
I święto, długie, by kara bez końca:
redukcja… Głód, chłód i dziecięce groby…

 


Bezrobocie

Miesiące… lata… Szczerzy kły, ostrzy pazury
i wytrzeszcza swe mętne ślepia bezrobocie…
Dzień za dniem – wiek za wiekiem – wlecze się ponury
o kęs chleba jękliwie żebrzą dziatek krocie…

Północ… Z mroku wypełza przebiegła, złowroga,
w poddaszy i suteryn kątach przyczajona,
gróźb sztafeta: „redukcja”… mniejsza zapomoga…
I w pustce martwych liter milknie praw obrona…

Mężczyźni półoślepli, sczerniali przy krośnie,
kobiety suche albo nalane, bezkrwiste,
z obrzmiałemi nogami, dziewczęta w lat wiośnie
zwiędłe w murach fabrycznych – procesje swoiste

w niezliczonych zaułkach i ulicach Łodzi
prężą się i wzbierają w tysiącznych rozkrętach:
świadomi własnej siły rwą się naprzód młodzi,
lecz ich wstrzymują starsi – słabe niemowlęta…

Więc coraz śmielej pełznie przebiegła, złowroga,
w poddaszy i suteryn kątach przyczajona,
gróźb sztafeta: „redukcja”… „mniejsza zapomoga”…
i w pustce martwych liter milczy praw obrona.

 

Dwa dni w tygodniu
Dwa dni w tygodniu pracuj – i żyj przez dni siedem!
W dwa dni na akord wyrób stawki dwie, trzy, więcej:
napnij mięśnie, tętnico, nerwy, jak swą biedę
i milcz! Jest was zbyt wielu: przeszło sto tysięcy

Gdy rząd podczas inflacji rozdzielał kredyty –
na trzy zmiany zatrudniać można było wszystkich:
starców, dzieci, kaleki, ciężarne kobiety –
i umieszczać w dolarach zagranicą zyski.

Dziś – kryzys, brak gotówki, czeki bez pokrycia,
nadzory, upadłości, zachwianie kolosów:
fala śmierci, ukryta pod powierzchnią życia,
tryskająca i przepastnych tajników chaosu…

Ty, jeden w stu tysiącach, czy – wraz z rodzinami –
w półmiljonie, ty pierwszy czujesz wiew złowieszczy!
Chwilowe ożywienie – „sezon“ – cię nie mami:
nędza, wszczepiona w gardziel chwyt wzmacnia swych kleszczy

Ty, głodny, nagi, chory, ty, na zapomogach
w ciągu długich tygodni nie mogący skonać,
niewolniku strasznego Konjunktury boga,
ty tylko masz Łódź, tylko ty wiesz, czem jest ona!

 

Pożar
Powietrze nagłym wstrząsem przeszywa muzyka
trąbek alarmujących: pędzi straż ogniowa!
Biegną ludzie… W krzyk trwogi zlewają się słowa:
„Palli się! pali!! pali olbrzymia fabryka!!”

Pewny kordon policja rozciąga wokoło.
Niebo łuna ogarnia. Słychać groźne trzaski.
zawsze niezmienny komin poprzez krwawe blaski
bardziej czarne, niż zwykle, wznosi w górę czoło.

Strumienie wody… Rozgłos toporów… Strażacy
z wściekłym żywiołem próżno walczą: pada ściana!!…
Skrót w gazetach: „Fabryka asekurowana;
kilkuset robotników pozbawionych pracy”.

 

Po pracę
Zdarłeś już buty? – Zedrzyj i nogi!
Łaź! Przemierz więcej, niż wszystkie drogi:
tu cię odepchną, stamtąd przepędzą –
to nici pij żółć swą, krzep się swą nędzą!

Podobno ludzi przyjmuje Buhle:
leć, mknij! – Przemoczył pot ci koszulę?
Zapóźno! Zgłoszeń dosyć! – Cholera!!
Nie klnij! Czemprędzej syp do Haeblera!

Ma puścić trzecią zmianę niedługo!
Co? trzecią? Ha! ha! Zmniejszył wszak drugą!
– Bodaj ich!! – Zmilknij! Ktoś wczoraj słyszał,

że miejsca wolne są u Ramischa!
– – W bramie policjant. W gromadzie zbitej
mruczą mężczyźni, piszczą kobiety:
strejk! Miejsca będą, lecz…
Zdarłeś nogi?
Zedrzyj i serce: to kres twej drogi!

 

Zamknięta Fabryka
Przybito krótkie obwieszezenie w czwartek –
po dwóch tygodniach stanęła fabryka.
Każden otrzymał do Funduszu kartkę
z rąk usłużnego trwożnie urzędnika.

Kilkaset maszyn czarodziejstwo chwili
dotknęło. Ludzie – czem są ludzie wtenczas,
gdy się urywa pęd lokomobili
i cisza wpada w szum wściekły – szaleńcza?

Wyszli powoli czarni robotnicy
przez bramę, która zwarła się ze zgrzytem;
opustoszała nagle część ulicy,
rojna w południe, ruchliwa przed świtem…

Komin, sterczący w bezdymnej wyżynie,
zda się Pomnikiem, wyrosłym z cmentarza:
zmilkły w chmur głębi, która nad nim płynie,
coś komuś wieści, za coś się odgraża…

Tak przemysłowcy dziesiątą i setną
zamkną fabrykę – kryzysu wróżbici
kroczą… – tak w lęku przed stratami przetną
w nadziei zysków naciągnięte nici…

– Przeszkodzić zbrodni! By ognistą kulę
rzucić w mrok życia miljonów pytanie:
czy wszyscy nadzy mają już koszulę,
skostniali z zimna cieplejsze ubranie?!

 

„Głos Poranny”, nr 312 (wł. 321, błąd w numeracji)/ 1932

Prządka
Kobiece drobne, zwinne palce bez wytchnienia
najcieńszą nić chwytają na szybkie wrzeciona.
Słońce wschodzi, zachodzi! świat się w porach zmienia —
nie zmienia się nić tylko, długa, nieskończona.

Rwie się – trzeba ją wiązać, by nie wstrzymać życia
które w każdem z tysięcy wrzecion nawija się
na swą oś niewidzialną, chowa się – z ukrycia
wydobywać, ucieka – pewnie gonić w czasie.

Zwinne palce kobiece, miękkie i cierpliwe,
posłuszne i wytrwałe, ofiarne i twórcze!
Nad niemi łapa nędzy – widmo przeraźliwe –
spuszczająca swe szpony, wykrzywione skurczem …

Wilgotny pył się wsysa w ciało, żar pierś tłoczy…
Kręcą się kręcą nieczułe wrzeciona…
W głowie huk… nogi słabną… mrok zalewa oczy…
Znów któraś prządka mdleje!… leży, jak skoszona…

Wnet ocknie się (wiadomo, babskie przypadłości!)
i wróci do maszyny, aby bez wytchnienia
chwytać nić… lub ją inna zastąpi (jest dość ich!)
w tej pracy, w której nic się – prócz ludzi – nie zmienia…

 

Tkaczka
Na jedną robotnicę osiem,
potem szesnaście, jeszcze więcej
automatycznych ma być krosien:
postęp wypiera ludzkie ręce!

Kilka śrub, wałków, trybów, kółek –
maszyna sił nabrała nowych:
żelazne palce, wprawne, czułe,
ślą wątek szybciej w gąszcz osnowy.

Zapadła pierś, podbite oczy,
ziemista cera, wargi blade
– co tam! ze skóry niech wyskoczy:
musi dać sobie tkaczka radę!

Między krosnami, jak w obłędzie,
biega, wstrzymuje, puszcza dalej,
była tu, już jest w tamtym rzędzie
zwiększyć zarobki obiecali!

Zwiększą je? czy też oszukańczo
zmniejszą? – Uważać! nici rwą się,
tu, tam, znów… Gdzie? – Skry w oczach tańczą…
warsztaty uciekają w pląsie…

Łamią się nogi… Serce pęka.
i ogniem bije – „Chryste Panie!!”…
Bucha szkarłatna, żywa męka…
Zastrzyk morfiny – wnet ustanie!

Zdarza się. Krwotok płucny…
dziedzictwo: ojciec alkoholik…
– – – Świat zasnuł się mgłą ciemną, gęstą…
Tak lekko, dobrze…: Nic nie boli…

 

Jej życie
Od krosien do kuchni, balji czy kołyski,
od kołyski, balji, kuchni znów do krosien,
z przeogromnej sali do swej nory niskiej,
tu – tam: byle wszędzie równo kręciło się!

Doba ma dwadzieścia cztery – tak? – godziny:
dziesięć dla fabryki (osiem na papierze!),
z drogą do trzynastu, pięć sześć dla rodziny;
sen? – chłop żąda swego: kiedy, jak chce bierze!

Dobrze, jeśli lekka; gdy – co często bywa –
chodzi z brzuchem i płód ciska się zawzięcie,
łamana zmęczeniem, bezsilna, półżywa,
cuci się tajemnem woli swej zaklęciem.

Podoła wszystkiemu… póki jej gangrena
po któremś „zepsuciu”, tyfus lub suchoty
nie położą tak, iż nawet gwizd syreny
nie zmusi, by wstała do zwykłej roboty…

 

Po czterech tygodniach
Zdradziecka ją chwyciła grypa – i trzymała:
głuchy kaszel darł płuca, ból rozsadzał głowę,
w nocy pierś gniotła ciężka – niby życie – skała
i nad łóżkiem się cienie tłoczyły widmowe.

Blade wargi drżą: – „Panie Doktorze kochany,
spraw, bym mogła najprędzej chodź trochę się podnieść
i przejść o własnych siłach od ściany do ściany!…”
– Wolno wszak tylko cztery chorować tygodnie!

Po trzydziestu dziewięciu dniach jak z trumny mara
stawiła się do pracy. Zapóźno! Ktoś inny
zajął miejsce przy krosnach. Gnie się postać szara…
Ustawa przewiduje… Kierownik niewinny…

Kartę na zapomogę chcą jej wepchnąć w dłonie …
– „A urlop? Psiekrwie! Urlop też przepadł w tym roku?!”
Buchalter, księgi – wszystko pogrąża się, tonie,
razem z nimi i ona, w lodowatym mroku…

 

Uległość – albo stempel
Leży na krośnie i wiąże nici;
pierś się w wyciągnięciu wzniosła głębokiem.

Z pod ściany majster śledzi ją wzrokiem,
w którym się żądza tajona świeci.

Musi być jego! Skrada się cichym
krokiem: jest przy niej… Drętwieje cała…
– „Znów coś Majówna sfuszerowała?”
„Wątek zły… ” – „Pewnie – dla tkaczki lichej!

Nie po raz pierwszy stwierdzić dziś mogę
słabą wydajność na tym warsztacie!”
„Dwa złote więcej miałam w wypłacie…”
– „Brednie!” Kolanem trąca jej nogę.

– Po fajerancie zaczekać na mnie:
chciałbym z Majówną pomówić szczerze!”
Z drżącej jej ręki czółenko bierze
i – chyląc się – coś wyjaśnia kłamnie.

Pierś pachnie łąką, wiosennem kwieciem…
Oczy zasłania mgła purpurowa…
I Ach! pierś tę miażdżyć, ssać, gryźć, całować!
– „Nic nie rozumiesz, ty, głupie dziecię?”

Rozumie wszystko, rozumie więcej…
Stukają bidła, nieczułe, tępe:
uległość – albo stempel!… Znów stempel?
– Bez pracy była siedem miesięcy!

Gwiżdże syrena i staje motor
Zaczekać? – Nie! nie!! Wybiega z sali
i pędzi (uciec dalej, najdalej!),
z rozkoszą gniotąc uliczne błoto…

 

Prostytutka
Od rogu do rogu, wzdłuż szarych kamienic,
wieczorem i nocą, w deszcz i ostre chłody,
błądzi, póki wdziękiem swej taniej urody
nie zwabi mężczyzny do śmierdzącej sieni.

Tak chleb swój zdobywa od kilku tygodni.
Niegdyś – zda się dawno! — robiła w fabryce.
Raz majster przechodząc zadarł jej spódnicę,
więc go osadziła: – „Pilnuj swoich spodni!”

Ktoś doniósł, że majster „trzymał się z rezerwą”,
gdy ona brudnemi wyzwała go słowy.
Kierownik to nazwał zerwaniem umowy
i na zapomogę karty nie dał – ścierwo!

A w sądzie świadkowie mniej się bali Chrysta,
chodź na krzyż przysięgli, niż majstra. Widzieli,
jak wciąż się jej czepiał, zwłaszcza po niedzieli
(pijus!) – przeczyli… Wygrał, oczywista!…

Nigdzie pracy … wszędzie redukcja… Zebrany
grosz wymknął się wkrótce… Znikła Stacha miłość…
Sama nie wie, kiedy to się przytrafiło,
przed kim w pierwszej męce zdjęła swe łachmany,
Wie tylko, że musi wzdłuż szarych kamienic,
od rogu do rogu, w deszcz i ostre chłody,
błądzić, póki wdziękiem swej taniej urody
nie zwabi mężczyzny do śmierdzącej sieni…

 

„Głos Poranny”, nr 357/1932

Kołysanka matki
Nie chowałam ciebie w żłobku:

pogrzebałam w zimnym grobku…
Tam, na Dołach, w twardej ziemi
z niemowlętami innemi

śpij, dziecinko moja, śpij!…
Wszystkoś ze mnie w łonie brała,
powiłam cię w mękach ciała,
ale ustkom twoim biednym

odmówiłam piersi jędrnej –
życia odmówiłam ci…
Trza iść było do maszyny
nadgodziny, nadgodziny:

pokarm sączył mi się w stanik,
rwał się jęk w twej suchej krtani,
jak pasmo twych krótkich dni…
Ustawy moc — papierowa! —

nie mogła cię uratować:
z każdych stu niemowląt musi
dwadzieścioro śmierć zadusić –
z prawdy tej fabrykant drwi!

Nie chowałam ciebie w żłobku:
pogrzebałam w zimnym grobku…
Tam, na Dołach, w twardej ziemi
z siostrami i braćmi swemi
dziatwą łódzkiej nędzy, śpij!…

 

Kołysanka Babci
Kręcą się koła, grubieje szpula
lulajże – lulaj, lulajże – lulaj!
Matka się w pracy dzielnie uwija,
babka przy tobie drepce o kijach.

Choćbyś się nie wiem jak buntowała,
co wywojujesz, krzykaczko mała?
Daremnie wrzeszczysz, wołasz cycusia –
flaszka ze smoczkiem, to twa mamusia!

Gną ci się nóżki? – Nic to nie szkodzi:
takie mieć muszą wszak dzieci Łodzi!
Tysiące jednak tych krzywonogich
żaden wiatr z życia nie zepchnie drogi!

Święty Mikołaj cię ocyganił:
chustkę obiecał, przyniósł kaftanik…
nędzna kuchenka ciepła nie trzyma,
pupkę twą szczypie złośliwa zima…

Krzywda ci: skarż się ojcu – przez kratę
(w fabryce pewnym był delegatem:
bronił jak trzeba… ) I Ech!.. – Wnet mamusia
przybiegnie i da dziecku cycusia!

 

W szkole
Dzieci uczą się wiersza: – „Na kwiatku motylek…”
– „Widzieliście motylka?” – Głos nauczycielki
rwie się – „Ja nie widziałem … ” – „I ja … ” … – „I ja … ” — Tyle
zaprzeczeń drga w powietrzu. milknąc w ciszy wielkiej

Na czterdzieścioro dzieci więcej niż połowa
nie widziała motylka: czy kto już za mury
te dzieci, które miasto od kolebki chowa,
wyprowadził, pokazał im cuda natury?

Dzieci uczą się chórem: – „Szczęśliwy motylek!
Słońce pieści go, wietrzyk kołysze leciutki….”
Szary dym w ciemność pędzi jasne życia chwile…
Na podwórzach się czają łódzkie chciwe smutki…

 

Nad rynsztokiem
Z farbiarni wypuszczają ciecz jasno-zieloną,
Pędzą fale w rynsztoku – radość to nielada:
Obdartych, brudnych dzieci krzykliwa gromada
W świat wysyła okręty – swą baśń wymarzoną.

Mkną pudelka, łupiny i lśniące papierki,
śmiech je goni, cudowny śmiech radości bytu.
Na dole głąb zielona, w górze toń błękitu,
między niemi tęczowe chwile – barwne skierki!

Mętnieje ciecz … Szarzyzna zgęszcza się w rynsztoku…
Dzieci milkną … czar baśni wymarzonej pryska…
Świat odgradza znów tama powszedniości bliska…
Chwile – skry – gasną… Ciemność szkli się w każdem oku .

 

Grosze wyżebrane
Przyczajona w bramie cały czas go śledzi.
Tak! żebrze – złośliwi nie kłamią sąsiedzi.
Zrozumiała dokąd raz – wraz się wymykał:
żebrze, Henio – brat jej, dziecko robotnika!

Łzy ciekną do oczu, serce szybko bije,
rumieniec oblewa policzki i szyję…
Mocno się zaciska wątła pięść dziewczęca:
gniew, podszczuty hańbą, w piersi się rozkręca.

Wybiega, napada i za kark go chwyta,
szczypie, gryzie, targa… wrzeszczy jak upita:
– „Dziadzie z pod kościoła! Ty, miejska padlino!
Ty!. …. – Krztusi się, własną zachłystując śliną.

Chłopiec stoi drobny, nieruchomy, blady,
z głową wysuniętą na ciosy zagłady.
Grosze wypadają mu z ręki na ziemię:
jeden, trzy, pięć, siedem, osiem – ciężkie brzemię.

Nikt ich nie podnosi – niech leżą na bruku!
Gapie się rozchodzą: w bezmyślnym pomruku
ostatnie drga echo zmilkłej awantury
– i znów swych tajemnic strzegą wstrętne mury…

 

Zawcześnie
Zawcześnie – pewnie! – w szesnastym roku
kryć się z chłopcami w wieczornym mroku
lecz nie zawcześnie w deszcz, w mróz, nad ranem
biec do przędzalni na pierwszą zmianę.

Jak ojciec, matka, babcia i stryjek,
jak wszyscy w domu, z swej pracy żyje:
w tej pracy i w tem życiu przestała
być dzieckiem w prawach drobnego ciała

Widzewskie wonne majem polesie…
Coś w żyłach wzbiera, pręży i rwie się…
Ach! w noc tę zdobyć (gwiazdy nie świecą!)
dziewiczym bólem rozkosz kobiecą!

Wśród krzaków, na traw rośnym kobiercu,
usta przy ustach, serce przy sercu,
lędźwie z lędźwiami… Błysk w nocy ciemnej –
iści się prawda żądzy tajemnej… – – –

Szesnaście lat ma: zawcześnie – pewnie!
niemowlę tulić do piersi gniewnie,
lecz nie zawcześnie – przez osiem godzin
w żarze i w pyle wzdłuż maszyn chodzić…

 

Młodociani
Spis młodocianych z fabryk: łącznie wszystkie działy
dobrych kilka tysięcy wchłonęły ich w siebie,
Dzieci? – Nie, to dorośli: dorośli – w potrzebie.
jedyni żywiciele często rodzin całych.

Bladzi chłopcy, w ślusarskich zimnych lochach czarni
od żelaznego pyłu w bielniku zmoknięci
przy rajgerze we dwoje pod żarówką zgięci,
nad igłami przyrośli do miejsc w pończoszarni…

Dziewczęta, pośród kobiet w przędzalniach rozsiane,
w ciągłym begu wilgotny żar i pył bawełny
wchłaniające bolesnym oddechem niepełnym,
aż płuca w suchotniczą zamienią się ranę…

Po ukończeniu pracy – wieczorowa szkoła,
stosownie do ustawy – że nauka winna
być wliczona w czas pracy – to rzecz całkiem inna
kalkulacja  jej żadna wytrzymać nie zdoła!

Nad dokształceniem czuwać – z tem, jak z każdą formą
upora się kierownik, gdy uporać trzeba.
Więcej żądać od niego? – Nikt za darmo chleba
nie chce dawać: nie przepis, lecz życie jest normą

Życie! życie! Tak – życie! życie  bezlitosne… – –
Czerwone ciężkie mury pod strażą kominów… —
Kto i kiedy rwał pęki róż, kiście jaśminów?
kto i kiedy wymyślił cudną, złotą, wiosnę?…

 

Przyszłe pokolenie
Głębokie, starcze, błagalne oczy
bez krwi warguszki, rączyny chude,
ciałka w łachmanach, przesiąkłych brudem
to niemowlęta Łodzi roboczej.

Wszystko widzące niewinne oczy,
zacięte ustka, blade twarzyczki,
wąskie, zapadłe, suche piersiczki —
to dzieci wielkiej Łodzi roboczej.

Pyłem przedwcześnie nadżarte oczy
i płuca, serca jak szybkie młotki,
karle, pokraczne, słabe istotki –
to młodociani Łodzi roboczej.

To życie – przyszłe jej pokolenia:
to siły mięśni jej, moc jej ducha!
to nieprzerwany zgrzyt jej łańcucha
i – w nim rosnący – krzyk wyzwolenia!

 

„Głos Poranny”, nr 50/1933

Miłość a Nędza
Wiatr w szparze łka, jak chore kocię…
Gaśnie ostatnia skra w kominie…
– „Janku!”
    -„Co, Maryś?”
        -„Bezrobocie,
głód, męka – nigdyż to nie minie?
Za każdą szybą wystawową
lśni przepych – my konamy w nędzy…”
-„Cicho! szmatę flanelową.
zrzuj buty zdarte!…”
    – „Nie! nie!”
        – „…prędzej!
Skradniemy szczęścia odrobinę:
będziemy najszczęśliwsi z ludzi!”
– „Ach!…”
    – Stopy twe ogrzeję sine
że ich ziąb żaden nie ostudzi;
chłód twoich ust ożywię miodem,
jakiego księżny nie pijały,
i na twem zmarzłem ciałem młodem
rozpostrę się – i spłonę cały!…
Już dobrze ci?”
    -„Tak…”
        – Chore kocię
umilkło… Ogień zgasł w kominie…
Śni Miłość… czuwa Bezrobocie…
Co w sile przetrwa? co przeminie?…

 

Miłość w szpitalu
Wszystkie już wyszły zapowiedzi:
Dni kilka jeszcze – i ksiądz stułą…
– – – „Romek?!… Co? O czem ojciec bredzi?…”
– „Potknął się… i na  grempel runął…

Pas porwał go… Zmiażdżone ramię,
lecz będzie żył – zapewnia lekarz…”
Kto nad nią krwawe świece łamie
Drży ziemia, spod stóp jej ucieka…

Są na swym ślubie czy pogrzebie?
Dzwon groźnie bije… w oczach ciemno…
– ,,Bądź silna, córuś: Wzywa ciebie…
Przytomny… Musisz jechać ze mną!”

Szpitalna sala… Tu – jej Romek,
najukochańszy i jedyny!
Sprężyste ciało nieruchome,
zorana twarz… śmierć w ustach sinych….

Zły mrok po szarych ścianach pełza.
czepia się wiszącego krzyża…
Przemóc się!! – Już! Spokojna we łzach
do łóżka się na palcach zbliża.

– „Zakochana!…” – Jęk w piersi…
                         – „Cicho, drogi!…”
– „Patrz!…” – Zdrowa ręka nieporadnie
kołdrę odchyla… Gną się nogi ,
chwieje się – nie! nie! nie upadnie!

Tę młodość, skutą bandażami,
wydrze potwornej krzywdy męce!
– „Przeminie!… szczęście znów nad nami
zabłyśnie: ja mam całe ręce.

Przy jednej twojej starczą one
dla nas obojga… z synkiem… – tak!”
Sączy się w nerwy postrzępione
zbawcza morfina – słów pieszczota.

Całunki sen na rzęsy długie
zwiewają lubem łaskotaniem
Zmierzch… Jutro wpuszczają ją o drugiej:
trzeba wyjść! Miłość z nim zostanie.

 

Dwa stemple
Bez wymówienia, z miejsca – won?!
Urlop, zasiłek, nędzny lon
– Wszystko przepadło? Czemu to?
Zepsułem czy ukradłem co?
A? że majstrowi dałem w pysk?
– Niech go nie wtyka, cwany lis,
po smaczny kąsek w cudzy – kosz
Dzielić się? – Owszem! chleb, sól, grosz,
wódkę, koszulę z ciała, ech!
bierz, ani pytaj – żaden grzech –
nim mej hojności nadszedł kres,
ale dziewczyna moją jest!
Nikt nie miał jej, nie będzie miał:
w miłosnym splocie naszych ciał
zrodził się los – moc jego trwa!
Chodź Felka! Dajcie stemple dwa!

 

Winni
Czeka na męża. Z portjerni wypływa
ciał ludzkich fala. Stoi ledwo żywa:
za chwilę wyjdzie z tą podłą dziewuchą…
Łzy kapią duże… a w gardzieli sucho…

Od dni dziesięciu nie przychodzi na noc…
Dzieci o ojca pytają co rano…
– „Niema tatusia … ” – i niema też chleba…
Jednym kartoflem głód uciszać trzeba…

Tak! pewnie mu się sprzykrzyły kłopoty.
Co miała robić? Za dwanaście złotych,
które przynosił do domu, czy czworo
dzieci wyżywi kto? i matkę chorą?

Czeka… Spogląda na mury fabryki…
I nagle wrzeć w niej poczyna gniew dziki:
nie mąż, ani ta dziewucha, lecz inni
– tamci z fabryki – wszystkiemu są winni!

Gdyby wciąż nędznych nie zrywali stawek,
możeby życie było mniej plugawe
możeby nadal, jak dawniej, pogodnie
w cichej miłości schodziły tygodnie…

Wyszedł… Sam… Blady… w oczach zły blask świeci…
Chwyciła go: – „Wróć! wróć! do żony i dzieci!”
„Wrócić? – Skończyłem dzisiaj odrobienie –
by dzieciom rozbić łby, jak swe sumienie?!”

 

Przebaczenie
Przepił – nieszczęśnik – tygodniówkę całą
i teraz z domu czyni istne piekło:
dwóch starszych chłopców i córeczkę małą
skopał nogami, skrwawił łapą wściekłą.

Przewrócił szafkę do naczyń: talerze,
kubki i szklanki wypadły rozbite.
Za chwilę będą jeszcze trupy świeże:
roztrzaska garnki o kuchenną płytę.

Krzesłami zacznie w ściany i drzwi ciskać
– któż zgadnie co mu pasja wsunie w ręce?
Aż się powali na łóżko w buciskach
i uspokoi w chrapaniu zwierzęcem.

Zna to wszak: żyje z nimi lat dziesięć – i wie,
że, gdy mu każą sześć dni po dwie zmiany
robić, szmat pyłem objeść się straszliwie,
musi się „przemyć”… i wraca pijany.

Musi się przemyć w szynku alkoholem,
zmęczenie z kości wygnać w bijatyce,
by opanować buntowniczą wolę
i być statecznym rajsterem w fabryce.

Wie również i to, że po takiej scenie,
jak zbrodniarz będzie kajał się w rozpaczy,
i że, przemógłszy w sobie obrzydzenie,
przytuli go – i wszystko mu wybaczy…

 

Złączeni miłośnie
Szara twarz koloru ściany
tej fabrycznej sali:
w odkrążonych dołach szklany
wzrok, utkwiony w głąb oddali,
krzykiem: „Znów urwali!”

Wątła pierś jak deska sucha
z niej raz po raz się wyrywa
kaszlu gama, tępa, głucha,
w swem zduszeniu żałośliwa,
i w stuku rozpływa.

Dłoń przy dłoni przezroczysta
wiąże nitkę cienką:
ma przez tydzień metrów trzysta
dać wyrobić tym czółenkom –
utkać chleb swą męką

Chleb dla dwojga małych dzieci
i dla matki chorej…
Mąż siedzi już kwartał trzeci:
wydały go złe ozory
ze szpiegowskiej sfory!

Za to, że w ręku nędzarza
szukał prawdy żywej,
zamiast się po szynkach tarzać
w śmiechu mężczyzn, w pisku dziwek –
w niemocy straszliwej!

Zato brzemię trosk zwalono
na jej słabe siły…
Słabe? – Męża swego żoną
jest wszak: nie pękną jej żyły,
choćby się skręciły!

Wytrwa: on za kratą swoją,
ona przy swem krośnie –
obok siebie w walce stoją.
rozdzieleni bezlitośnie,
złączeni miłośnie

 

„Głos Poranny” nr 257/1933

Komin Łódzki
Twierdza pracy najemnej. Ciężkie fabryk mury.
Przed niemi i za niemi, w nich tysiące istnień,
związanych z każdą cegłą tym Losem ponurym,
co chwycił jednych, drugich dogania zawistnie.
Nad jego dokonaniem czuwa Komin Łódzki
– żywego serca miasta kamienna iglica –
podstawą swą wyrosły z otchłani mąk ludzkich,
ostrzem wsparty w mrok, niby skryta błyskawica.

 

Dym
Z wąskiej szyi każdego wypełza komina,
rozpierścienia się, wije, coraz dalej, szerzej,
i nieskończoną chmurą w świetlistej bezbrzeży,
tak groźne Przeznaczenie, nad Pracą rozpina.

Czasem się nagle w czarny, sztywny całun zgęści,
to znów z wiatru powiewem pierzchnie gdzieś bez śladu,
częściej opada w kłębach podstępnego czadu,
w płuca, w nerwy i w mózgi wsysa się najczęściej.

Dym łódzki – szybkie, cieżkie, trujące smrodliwe,
złe tchnienie miasta, które w wiecznym głodzie zysku
olbrzymie rzesze dławi w swym mocnym uścisku
w dzień i w nocy: dym łódzki – tchnienie śmierci żywe.

 

Bałuty
Bałuckie zapadłe, skrzywione ulice…
Bałuckie rynsztoki, bałuckie podwórka…
W ich nocnej czeluści wierna Bałut córka
męską chuć podżega wzywaniem kobiecem.

Bałuckie obdarte, ślepe kamienice…
Bałuckie śmietniki, bałuckie wychodki…
Sutener chleb łyka i ze skórą szprotki,
z bramy śledząc bacznie swoją niewolnicę.

Bałuckie ponure, krótkie błyskawice…
Bałuckie rozkosze, bałuckie obłędy…
Zgrzyt noża wśród ciszy… Tędy czy tamtędy
– wszędzie tu się czają zbrodnie trupolice.

Bałuckie na miazgę starte obietnice…
Bałuckie udręki, bałuckie rozpacze…
Świst. Policjant gwizdnął… Ktoś skamle… ktoś płacze.
Którąś dziś bezpańską sukę łapie hycel?

 

Widzew
Małe, niskie, pokraczne drewniaki w Widzewie:
na ulicach w dni dżdżyste błoto aż po kostki,
w skwarze – kurz, w wietrze – szarość, chwiejąca się w gniewie,
w mroźne – śnieg niezamiatany, jak na skraju wioski.

W kościele, z teatralnej budy przerobionym,
ksiądz przed ołtarzem stułą liczne wiąże parki,
liczniejsze same się wiążą po krzakach zielonych
i płodzą synów, córki – nędzarzy, nędzarki.

Głód, zimnisko, redukcja, eksmisja, więzienie?
– Co im tam! Będzie przecie, jak będzie – nie gorzej!
Chucią broni się życie przed unicestwieniem
i – naprzekór potęgom niszczycielskim – tworzy!

Swoją ma Widzew mądrość i swoje obłędy,
swoją ciszę zaklętą i swój krzyk echowy,
swoje prawa, zwyczaje, nakazy, obrzędy,
swój mrok nieprzenikniony – i świt purpurowy!

 

Doły
Proste na kopcach grobowych krzyże,
z każdym się rokiem chylące niżej,
w wiatrach wygięte krzyże drewniane!…
O, życia ludzkie, w męce stargane,
o, życia, twardą ziemią nakryte,
życia skradzione, bo nieprzeżyte!…

Dwadzieścia sześć lat… pięć… siedemnaście…
trzydzieści jeden… dwa… dziewiętnaście…
pięćdziesiąt… osiem… czterdzieści cztery…
O, nawpółstarte cyfry, litery,
przechowujące w najczulszej ciszy
tę prawdę, którą Jutro usłyszy!…

Zgarnięci z piwnic, strychów, szpitali,
niedoszli i ci, co pracowali,
nędzarze, prządki, szpularki, tkacze,
przed śmiercią, w śmierci równi bogacze,
nieporuszeni leżą pospołu
w bezdennym dole tych płytkich dołów.

Latem kurz sypki, ciężki, chropawy
gniecie tu wątłe kwiaty i trawy;
jesienią deszcze ryją się w piachu,
samotne drzewa dygocą w strachu;
zimą w śnieżystych całunów bieli
szarzeją plamy błotnej topieli.

Pośród tej strasznej nędzy cmentarnej
tłum, w zmiennych barwach jednako czarny,
ciągnie się, błąka po ścieżkach skośnych,
w rozpaczy niemy, w szlochach bezgłośny,
w Zaduszki składa strzępy zieleni
i rzuca świeczek blask w otchłań cieni.

Tam, na Bałutach, gdzieś serce bije:
nie własne – cudze, cudze – niczyje,
wydane na łup przemocy srogiej,
martwe, nim spocznie w chłodzie tych mogił…
„Doły”… Tajemnym osnute mrokiem,
łódzkiego bytu doły głębokie…

 

Jest!
Niema jej na Piotrkowskiej,
przy „Grandzie”, w „Esplanadzie”,
tej suchej, głodnej Troski,
która się na pierś kładzie
i gryzie, dusi, rwie…

Jest w Chojnach, na Bałutach,
Kozinach czy Zarzewie,
gruźlicą, kiłą struta,
obłędna w słusznym gniewie,
trzeźwia w pijanym śnie…

W ustępie, nad rynsztokiem,
w sieni i na podwórzu,
z podbitem, ślepem okiem,
czarna od brudu, kurzu,
na posterunki trwa.

Na strychach, w suterenach
– gniazdach proletarjackich –
wzdłuż ścian, niby gadzina
pełznąc, wyciąga macki,
podstępna, mściwa, zła.

Śmiech dzieci, mężczyzn siłę,
wdzięk kobiet chwyta, ciska
chore, skażone, zgniłe,
cuchnące w dół śmietniska,
w głąb, którą życiem zwie…

Czasem ten smród zaleci
do „Grandy”, „Esplanady” –
i kelner staje blady,
i pustką sala świeci
jest tam, gdzie niema jej!

 

***
Czy nienawidzę Ciebie swą wielką miłością,
czy większą jeszcze od niej nienawiścią kocham?
– Nie wiem. Lecz wiem, że z uczuć pierwszą ciekawością
przed laty wśród twych murów raz – sztubaczka płocha –
poczęłam szukać czegoś, nieuchwytnego zda się,
a ciągnącego, by Los, skryty w ciemnym Czasie.
Wśród twych murów – czerwonych fabryk w cieśni szarej
wśród twych murów – ohydnych kamienic bałuckich,
wśród twych murów – twierdz pewnych bogactwa bez miary
wśród twych murów – przybytku strasznej nędzy ludzkiej…
Poczęłam szukać, szukać – i znalazłam rychło:
i ból w sercu mem krzyknął… i serce me ścichło…

Czy nienawidzę wielką, głęboką miłością,
Czy nienawiścią, głębszą od niej, kocham Ciebie?
– Nie wiem. Lecz wiem, że z pierwszą umysłu radością
przed laty – już dziewczyna poważna – w twem niebie
poczęłam szukać prawdy świetlanej, zwycięskiej,
naprzekór ciosom walki i rozpaczom klęski.
W twem niebie, które nie śle wiosennej pieszczoty,
w twem niebie, które w lipcu zlewa żar konania,
w twem niebie, w którem krwią się mieni zachód złoty –
– Dojrzałam ją w oddali. W oddali… Czas płynie:
krzywdy mrok, jaśń wyzwolin niesie w swej głębinie! [końcówka niewyraźna, zatarty druk]

 

„Głos Poranny”, nr 242/1934

Protokół
Przyszli prosto od maszyn, w roboczej odzieży,
brudni, przesiąkli potem, z czarnemi rękoma,
wdarli się pełną falą i rozleli szerzej,
cisi tą ciszą, która drzemie w blizkich gromach.

Inspektor Pracy czeka. Z za pazuch, z kieszeni
wyciągają książeczki swe obrachunkowe
i, wymachując niemi, krzyczą rozwścieczeni:
– „Wyrobić nie możemy stawki akordowej!!”

– „Proszę o spokój! proszę…. Gdzie są, delegaci?”
Zbita masa wypuszcza robotników czterech.
– „Rodzaj krosien? bieg? Ile od metra się płaci?”
Pióro skrzypi, taryfa śmiga nad papierem.

– Przy krosnach szerokości… zarabiać powinien
siedem złotych i groszy… – zarabia półpiąta…
Przy krosnach…” – W liczb szeregach czas wijąc się płynie…
Głód skręca puste kiszki… myśl rwie się i pląta…

Badanie ukończone. Kierownik coś prawi
o trudnościach płatniczych, fabryki zamknięciem
grozi. – „Niechta!!” – Protokół podpisany krwawi,
jak wnętrzności, otwartem nagiem, mocnem cięciem.

 

Wiek robotnika
Inspektor świadków w fabryce bada:
„Agnieszka Struś” – „Lat?” – „Trzydzieści jeden”,
Inspektor patrzy: twarz sucha, blada,
poryta – wszak to zwiędła kobieta!

– „Nowicki Jan” – „Lat?” – „Czterdzieści cztery”.
Inspektor pisze – i na arkuszu
skaczą zdziwione drobne litery:
ten szkielet który zdziera piszczele?

– „Chodź tu! Nazwisko?” – Marja Zalewska”.
„Lat?” – „Siedemnaście” – „Nie! Być nie może!”
To wątłe dziecko z piersią jak deska?
– „Gdzie wykaz?” – „Proszę! Jest i metryka.”

Jaka moc rzuca tu swoje czary,
jawnie fałszuje wszystkie dowody?
ludzi złośliwie zamienia w mary
i życie niszczy w jego rozkwicie?!

– Praca nadmierna w pyle i żarze,
w smrodzie i brudzie w stuku i huku,
wciąż z bezrobociem idąca w parze:
dwie siły, które w rytm swój chwyciły
czas.

 

Chwyt transmisji
Pędzi cały czas – transmisji pas –
na jednem miejscu, a wciąż dalej,
przez godzin niezliczonych ciąg,
w tej szarej, wielkiej maszyn sali,
gdzie cię przed laty wmontowali,
jak martwą cząstkę żywych mąk [?nieczytelne, zatarty druk]

Atletąś był – jesteś bez sił:
żelazna szczęka, rwąc surowiec,
i ludzi drze – po kości szpik…
Kląłeś – transmisja ci odpowiedź
syczała, z kimś potężnym w zmowie,
i cichłeś, by śmiertelny krzyk

Urwał się czas – transmisji pas:
końcem swym o twą czaszkę wali!
W kolanach i trybach rzęzi krew –
w tej głuchej, wielkiej maszyn sali,
gdzie jazgocący wąż ze stali
dusił rozpaczy twojej gniew…

 

Żebrak
Wyciągnął po raz pierwszy rękę, rękę czarną
od pracy, twardą rękę, w której tętni siła,
wyciągnął z głośnym szlochem po tę litość marną,
po jałmużnę – i ręką dwa grosze schwyciła.

Wyciągnął po raz drugi, trzeci, czwarty, piąty
Zebrał szesnaście groszy i chleb kupił za nie:
dzieci w domu czekały na chleb, wparte w kąty –
nasycił je i ścichło w sercu jego łkanie. – – –

Tylko. kiedy się skrada pod fabrycznym murem
i szum motorów słyszy lub równy stuk bideł,
czaszkę mu rozsadzają znów myśli ponure
i chłoszczą ścichłe serce swej niemocy wstydem…

Wierzył długo, że wyrwie go z tej hańby przecie
jakiś cud! ktoś mu powie: – „Tam ruszają na noc”,
utrafi w porę, przyjmą go do zmiany trzeciej – –
Cudów niema…  Na miasto więc idzie co rano…

I co wieczór powraca, od stóp aż do głowy
okryty kurzem, błotem , plugastwem — tkacz łódzki,
w pełni męskich lat, rosły, barczysty i zdrowy,
niepotrzebny robotnik, dziad, żebrak, śmieć ludzki…

 

Tragarz
Związał sznurami dziewięć sztuk towaru,
podniósł je (ktoś mu w tem trochę dopomógł)
i na swych plecach umieścił. Marsz!! W domu
na chleb czekają: zaróbże nań zarób!

Pięcioro dzieci, zawsze chora żona
ojciec staruszek… Ajajaj! tak trudno
wyżywić wszystkich!… Otarł szmatą brudną
pot i łzy… Jęknął – i pręży ramiona…

I nisko, bardzo nisko zwiesza głowę,
i wlecze resztą sił nogi mdlejące…
Łódzki Żyd – tragarz: najtańsze pod słońcem
i najcierpliwsze bydle pociągowe…

 

Suchoty
Lat dziewiętnaście. Prządka od Geyera
Proletarjacka choroba: suchoty – –
Szpitalny pokój. Dzień majowy, złoty…
Krótko się żyje, lecz długo umiera!…

Prządka… Gorąco w sali płuca zżera…
wilgoć pierś dławi… krew huczy w tętnicach…
Obsługi żąda wciąż; samoprząśnica;
pilną być musi prządka u Geyera!

Prządka… T.b.c.*: w trzech małych literach
karty szpitalnej prawda niezmierzona,
która w tysiącach rodzi się – i kona…
Jedna z tysięcy: prządka od Geyera!

* tuberculosis – gruźlica [przypis mój]

 

Spędzenie płodu
Tętno wciąż rwie się… Gorączka powyżej
czterdziestu stopni… Nic jej nie ocali!
śmierć pewnym krokiem z najdalszej oddali
podchodzi ku niej – coraz bliżej, bliżej…

Pięcioro dzieci miała… Ach! czy szóste
mogło przyjść na świat, gdy mąż bez roboty
albo – w sezonie – osiemnaście złotych
przynosi w czwartek z tej fabryki chustek?

Musowo było popsuć się! (Niestety,
o pomoc trudno: lekarz tylko paniom
bogatym służy – kto wstawi się za nią?)
– Poszła do „takiej, co umie” kobiety.

Wróciła we łzach cała, lecz szczęśliwa:
poleży trochę i do pracy wstanie!
Ale te dreszcze wparły ją w posłanie
łomot w sercu piersi jej rozrywał…

Szpital… doktorzy… zastrzyki… – Nie trzeba!
W rozwartych oczach szklista próżnia świeci…
Musowo było! Mieć sześcioro dzieci,
gdy dla pięciorga brak suchego chleba?!

 

Gazeciarz
Skończył lat dziewięć. Jest wątły, wciąż kaszle,
a musi codzień sprzedać gazet wiele,
bo ojciec przestał już być żywicielem
dużej rodziny: zdarły go złe kaszle
tak, te w trzydziestym roku z wolna kona…
Matka bez pracy od tygodni chodzi:
każden przyrzeka coś i każden zwodzi,
majster miał wkręcić ją do Ejtingona…

Ze starych kapci wyłażą paluszki,
kurtkę na grzbiecie smaga deszcz, wicher,
oplótłszy biodra, portki szarpie liche.
z pod których sine wyglądają nóżki.
– „Poranne: Kurjer! Głos! i Republika!”
Człap, człap, po błocie! Godzin dwie, trzy, cztery…
W słotny dzień nie chcą kupować, cholery;
nim pismo podasz, gość przed tobą znika!

Serce się w piersi tłucze, by ptak w klatce
Coraz natrętniej skacze, pędzi, woła,
lecz dziś złotówki zarobić nie zdoła,
wczoraj też parę klepaków dał matce…
łzy nagle z oczu tryskają obficie…
strząśnięte rączą padają wraz z deszczem
w to błoto, niedość rozdeptane jeszcze,
w to błoto lepkie, cuchnące jak życie…

 

„Głos Poranny”, nr 354/1934

ROBOTNICY ŁÓDZKIEJ
– jej pracy, zmaganiom i męce,
jej modlitwom, zawodom i przekleństwom
jej życiu, konaniu i śmierci
jej bohaterstwu kobiecemu.

 

Kobieta — maszyna
Ze wszystkich dzielnic miasta, rwącą falą
do bram fabryk kobiety – robotnice walą.

Są wśród nich stare, brzydkie, jak upiorne maski
i młode, urodziwsze, niż gwiazdy filmowe;
są krzepkie, do prac twardym zaprawione chowem,
i delikatne, bez tchu – zda się – w piersi płaskiej;
są pewne siebie, dumne podnoszące głowę
i żebraczo pokorne, zawsze chciwe łaski.

Są różne… lecz ich niema – tam, gdzie jest jedyna
w wielkim zasięgu maszyn Kobieta – Maszyna.

 

8 godzin
Motor huczy. Zegary mierzą czas wytrwale.
Od wysokich parterów do niskich poddaszy
kobiety wypełniają wszystkich fabryk sale:
dziewczęta, żony, matki, przykute do maszyn.

Każda przy swym warsztacie stoi osiem godzin
bez przerwy (dla zmian życie przerwę skasowało!):
na stojączkę coś przełknie (majster okiem wodzi),
stoi – spocząć nie wolno choć na chwilę małą!

Stoi przy swym warsztacie długich osiem godzin,
gdy podczas menstruacji kurcze szarpią ciało,
ręce wznosi i czuje, jak krew z niej uchodzi
stoi – spocząć nie wolno choć na chwilę małą

Stoi przy swym warsztacie długich osiem godzin,
gdy płód, w niej dojrzewając, rozdyma ją całą:
lekarz nie da zwolnienia („żadnej to nie szkodzi!”),
stoi – spocząć nie wolno choć na chwilę małą!

Stoi przy swym warsztacie długich osiem godzin,
gdy nogi z żylakami są masą nabrzmiałą,
której bólu podwyżka nawet nie łagodzi,
stoi – spocząć nie wolno choć na chwilę małą!

Stoi przy swym warsztacie długich osiem godzin…
Napróżno inspektorki pracy walczą śmiało
o stołek dla niej – „Stołek?!” – kpią dyrektorzy młodzi:
– „baba uśnie, gdy spocznie choć na chwilę małą!”

Baba uśnie! – Więc musi długich osiem godzin
przy warsztacie bez przerwy stać. Znużone ciało
rwą kurcze coraz mocniej: krew żywa uchodzi,
W łonie ciska się dziecię… Nogi puchną… – Mało!

ach zbyt mało dowodów!… Liczba ich nie wzrośnie,
by mogła fabrykanta łódzkiego przekonać
– dopóki przy ciągarce, wrzeciennicy, krośnie
nie stanie jego siostra, matka, córka, żona!

 

Robotnica przy zgrzeblarkach
Odnosi te gary z taśmą do ciągarek,
odnosi kilkaset garów w osiem godzin:
niezmiennym swym szlakiem – tam i nazad – chodzi,
chodzi, biegnie ze swym niezmiennym ciężarem.

W przerwie między jednem a drugiem dźwiganiem
omiata szesnaście maszyn, z przodu, z boków:
schyla się, przegina w elastycznym kroku
– drobiazg! Lecz prócz tego jest i „pucowanie”

Na to pucowanie zachowuje wszystka
wytrzymałość swoją: kiedy dwaj pucerzy
chwycą wał – i orkan pyłu w strop uderzy
roztańczy się wokół i osiądzie nisko

wówczas jak najsprawniej z żelaza go musi
strząsać, zbierać, by się zdradziecko nie wkradał
w równą taśmę, którą w garze się układa
by tem pewniej wżerał się w gardziel i dusił!

Bolą ręcę, mdleją ramiona, krzyż pęka,
nogi rwą i puchną, serce wali młotem,
w głowie huczy, ciało oblewa się potem
– cztery osiemdziesiąt warta jest ta męka!

 

Pokolenia
Wykołysałaś, dobra mateńko,
w swem prężnem łonie tkaczkę maleńką,
wykołysałaś czule, miłośnie,
pod rytm czółenka, przy tkackim krośnie.

Zaczęłaś marnieć w trzydziestym roku
po niespodzianym płucnym krwotoku,
ale wciąż stałaś przy tkackiem krośnie,
czekając, aż ci mała wyrośnie.

Kiedyś czterdzieści lat ukończyła,
zabrała ciebie wczesna mogiła,
a miejsce twoje przy tkackiem krośnie
zajęła córka w dwudziestej wiośnie.

Jest jak ty byłaś, dobrą mateńką:
w łonie kołysze tkaczkę maleńką,
kołysze czulej jeszcze, miłośniej,
pod rytm czółenka, przy tkackim krośnie.

Bo już krwotoków więcej zliczyła,
bo ją wcześniejsza wessie mogiła,
bo Życie, wzór swój tkając na krośnie,
umiera znacznie prędzej niż rośnie…

 

Matka
Jedno na ręku, przy spódnicy drugie

trzecie zaczyna już ruszać się w łonie…
Mąż bezrobotny… Jesień… zima po niej:
w styczniu ma rodzić – O, wy noce długie,
i dni, od nocy dłuższe, gdy maleństwa
cicho, jak starcy, żebrzą o jedzenie!
O, dni i noce długie nieskończenie,
o doby głodu – wieki okrucieństwa!…
Dwadzieścia lat ma, ale w to nie wierzy
kalendarz kłamie i metryka zwodzi:
ich czas wyznacza ruch wskazówki godzin,
czas matki męką jej dzieci się mierzy…

 

Miłość
Wzięliśmy ślub bez księdza,
na strychu, nie w kościele:
„Veni Creator” Nędza
zagrała nam w niedzielę.

Siennik i derką cienką
mieliśmy za posłanie,
lecz księżyc przez okienko
kładł srebrne hafty na nie.

Spięliśmy nasze ciała,
spięliśmy młode lata –
jedna ta noc nam dała
skarby największe świata!

Sen stanął u wezgłowia
na straży cudnych godzin
i czasem swym nas owiał:
od prawdy dnia odgrodził.

A w kącie, szczerząc swe kły
czuwało Przebudzenie,
złą troską, bólem wściekłym
wpełzając w nocne cienie…

 

W niedzielę
Z pod białej czapeczki włos ondulowany
nad brwią wydłużoną zalotnie się wije:
prześliczny trójkącik ust karminowych
lśni w pudrze, bielącym policzki i szyje

Najmodniej skrojona jedwabna sukienka,
matowe pończoszki, nowiutkie lakierki.
Zbliża się kierownik: – „Wytworna panienka!”
(ha! ha! nie poznaje swej szarej nuperki!)

Zaczepia ją – i wnet cofa się: – „No, proszę!
Niskie płace? Łachy, szminka…” – mruczy w gniewie.
Znów jej urwie z dniówki czterdzieści trzy grosze
raz tylko on sądzi nic więcej nie wie!

Nie wie – wszak mózg jego nigdy nic nie bada:
dlaczego chce ona robić nadgodziny,
bo nie wie, że w domu, kiedy mrok zapada,
bardziej niż w fabryce krwią błyszczą plwociny.

Nie wie – skądże zresztą miałby wiedzieć o tem
czem jest lęk przed śmiercią, gdy życie skazało
na nią samo siebie: życie w wiośnie złotej,
kuszące, necące barw tęczą wspaniałą…

Krwotok? – Był… i będzie: dziś go niema jeszcze
Gorączka? – Ach, drobiazg! w kinie obraz świeży
Ubrać się, być piękną! Czuć rozkoszy dreszcze:
Tańczyć, śmiać się, bawić, kochać, w szczęście wierzyć!

Jedwab, tiul koronki… Róż, puder, perfumy…
Wytworna sukienka… nowiutkie lakierki…
Niedziela – świąteczne na ulicach tłumy –
ach, może ostatnia młodziutkiej nuperki!…

 

Rewizja
Deszcz w mury bije, strugą ścieka z rynien.
Wiatr zimny. Stopy grzęzną w lepkim błocie
Mknie, jak szalona: o ósmej godzinie
musi przy pracy być w maszyn warkocie

W domu maleńki został chłopaczek
przy babce, która wypluwa z krwią płuca
Jęczał noc całą – pewnie dalej płacze
i nieprzytomnie w gorące się rzuca

Prosiła wprawdzie sąsiadkę z przeciwka,
by biegła w Kasie doktora stalować
(z sercem to człowiek, choć uliczna dziewka)
lecz każden wie, czem jest pomoc kasowa

Dwunasta: przerwa. Po jakiego djabła
wstrzymują na tę godzinę motory?
Jeść? kiedy już się zgryzotą najadła,
opiła łzami… kiedy dzidziuś chory?…

Czwarta… Po czwartej minut pięć… dwadzieścia…
za kwadrans piąta… Kto wymyślił zegar?!
Dłuży się każda sekunda… Nareszczie!
Pędzi. Portjerka chwyta ją jak zbiega.

Rewizja – długa, przykra, obostrzona
badawcza łapa ślizga się pod kiecką:
Prężą się w dzikiej wściekłości ramiona:
– „Puść mnie cholero! W gorączce mam dziecko!”

Dostanie jutro stempla? Niechta! niechta!
Jest strażak (pewnie!), coś skrobie w zeszycie:
– 5-go stycznia.. Antonina Brechta
stawiała opór…” – Tak! mocny, jak życie!…

 

Nad trumną syna
Trzęsącą się ręką i blademi usty
żegnała go zrana, gdy szedł do fabryki –
i cały dzień zdawał jej się dziwnie pustym
a w ciszy tej pustki wciąż słyszała krzyki:
ktoś spadał z drabiny,
kogoś pas porywał,
komuś druzgotały dłoń tryby zacięte,
przed kimś kocioł pękał i z parą straszliwą
wieść rozpryskiwała się przed nią lamentem
Aż się dopełniło!…
    Trzęsącą się ręką
i blademi usty żegna w trumnie syna:
patrzy w biel bandaży – w jego krwawą mękę –
I modli się cicho… czy głośno przeklina?

 

Samobójczynie

I
I znów dzień przeszedł, długi nieskończenie.
Znikąd ratunku, nadziei, pomocy:
wszędzie redukcja – odmowa, milczenie…
Drży w sobie: wie To stanie się tej nocy;

Ma przecie – w ręku lśni złotówka cała! –
na swą ostatnią potrzebę życiową.
Sklep obok. Nieraz tutaj kupowała,
miast octu (drogi!), esencję octową.

Wchodzi spokojnie, z uśmiechem na ustach.
Kupiec załatwia śpiesznie, lekki, zwinny:
Sól, kasza, cukier, słonina, kapusta?
esencja? – Proszę! sprawunek, jak inny.

Jutro gospodarz komorne odbierze,
lichwiarka procent. Sprzedała nie wszystko:
znajdą poduszkę – białe, czyste pierze –
stół, szafę, krzesła… Br… wstrętne zimnisko!…

Rozgrzać się trochę: wystarczy drewienek:
Już ciepło… Pewnie ją pod płotem w dole
ksiądz grzebać każe…. Czy też przyjdzie Gienek?
kochali się wszak, będąc dziećmi w szkole…

Córkę zrodziła z jego krwi i kości
(zmarło maleństwo – Bóg się ulitował!)…
– wszystko minęło… Żar piecze wnętrzności…
Ach, prędzej niszcz, pal, esencjo octowa!

II
Rozpostarta na bruku w krwi ciemnej kałuży
drga w zmaganiu ostatniem z męką niewidomą.
Długo walczyła – walczyć nie mogła już dłużej:
z okna czwartego piętra runęła jak tłumok…

Z pod bronzowej spódnicy świecą nagie łydki.
bezwstydnie rozkraczone, a takie dziewczęce…
na wyblakłym sweterku, w piersi jamie płytkiej,
nieprzytomnie się ryją wykrzywione ręce…

Troje dzieci… mąż gruźlik (wydarł w kaszlu płuca!)…
zasiłek wyczerpany… brak pracy: tu i tam
posługa, pranie… z izby gospodarz wyrzuca…
Niema ratunku!… – Znajdzie go młoda kobieta:

Na róg poszła. Brali ją. W swej żądzy pijani,
zdrowi, chorzy – każden z nich jednakie miał prawo:
za wytartą zlotówkę wszystko było dla nich,
za lichy błysk, rzucony w tę nędzę plugawą…

Mierzyli noce i dni… Więc – z okna, jak tłomok! –
Rozpostarta bezwstydnie na krwi swej szkarłacie
goniąc wzrokiem widzącym mękę niewidomą,
kona – brudna, skalana – w dumy majestcie…

 

„Głos Poranny” 232/1935

Tęsknota
Płuca odwykły już od powietrza,
nogi od ruchu w wolnej przestrzeni…
I tego żaden Los nie odmieni:
miasto chwyciło – trzyma w swych kleszczach.
Miasto chwyciło – trzyma fabryka:
trzyma pas każdy i każda lina,
i każda, pewna w ruchu maszyna,
i każda chwila, co w pracy znika …
Lało objawia swą bujną krasę,
płynie woń mocna łąk, pól i gajów,
gdzieś – tam, w zmyślonym tęsknoty kraju,
za niezmyślonych kominów lasem…

 

Szary liść
Wiatr szare, wiotkie liście strząsa z drzewek,
skarlałych drzewek w pobliżu fabryki;
kłaki bawełny za każdym powiewem
gonią je w rytmie swoistej muzyki.
Głuchy motorów szum i stuk miarowy
tkackich czółenek, wybiegłszy za mury,
z turkotem rolwag i aut ciężarowych
łączą się w twardą pieśń manufaktury.
W składach bawełny mnie się w poniewierce
szary liść łódzki, zwiędły w niedokwicie,
jak zżarte płuco, jak zdławione serce,
jak w maszyn trybach wyciśnięte życie…

 

Niedziela letnia
Lało w pełni. Niedziela. Bezlitosny upał.
W rozżarzonem powietrzu smród wielkiego miasta
w najdrobniejszym atomie zgęszcza się i wzrasta.
Przedmiotu martwa, sucha pokrywa skorupa.
W słonecznym blasku domy chełpią się swym brudem
każdy rynsztok w ulicy jest jak ropny zaciek.
Pył tańczy na kamieniach i gładkim asfalcie
pod kopytami koni, wlokących się z trudem.
Ludziska się kołyszą w sennem ogłupieniu
i za pięć groszy wodą gazowaną cucą.
Pękają wargi spiekłe. Brak tchu głodnym płucom…
Spocząć! spocząć gdzieś! skryć się w dobrym, chłodnym cieniu!
Miejskie parki: drzew niewiele, suchotnicze krzewy,
nędzny trawnik i ławki – niema niezajętej!

Chodź i szukaj – tu i tam: obie odparz pięty,
jeśli chcesz wygnać z siebie fabryczne wyziewy!
Żona wszystkie pociechy zabrała „na spacer”:
najstarsze z nich ma osiem, najmłodsze pięć latek.
Średnie już coś zbroiło… – „Masz, babo, wydatek:
łupną karę! Z czego ją – cholera! – zapłacę?”
Wściekłość bije od niego żarem tej niedzieli:
struchlałe dzieci zwalił razami kułaka
i pędzi… – „Roch! Stój! dokąd?!” – Puść! zapić robaka!”
Żona łka: z tygodniówki dziesięć złotych mieli…

 

Eksmisia
„Kontrol” zbadała również tę rodzinę.
Dostają przeto –  mąż, żona i synek –
na długi, strasznie długi dzień trzy „zupki”:
litr słonej wody, trzy skwarki, trzy krupki,
marchew, sześć zgniłych kartofli i chleba
trzy porcje, tyle właśnie, ile trzeba.
On, silny, chociaż suchy, niczem szkielet,
Wyciąga chciwie zgłodniałe piszczele;
ona bledziutka, drobna, słaba, zda się,
za chwilę zniknie w przestrzeni i czasie;
ono – pękate – na swych krzywych nogach
toczy się w przyszłość, by kula złowroga.
On grzeszne ciało przed ludźmi osłania
czemś co straciło pozory ubrania;
ona ma jeszcze sukienkę wełnianą,
którą starannie łata codzień rano;
lecz biedne ono – ach, z tem jest najgorzej;
wśród ludzi biega tak, jak Bóg je stworzył.
W zimie, gdy mróz ich w uścisk twardy chwycił,
grzali się starą pierzyną nakryci,
i w jedno ciało zwarci wszyscy troje,
drżąc z chłodu, ciepłem darzyli się swojem.
Więc się okrutnej, lecz nie bezlitosnej,
zimy mniej bali, niż słonecznej wiosny.
Bo wiosna dla nich – to eksmisja: taki
jest przepis prawa! Ha! cóż? – Są baraki,
i Lokatorska ulica na Dołach
(jam przycmentarnych rząd) i świat dokoła:
tysiąc dróg, przed tą jedyną – do grobu…
Eksmisja: ludzie – wyrzucony tobół…
Tobół – lecz żywy: on, ona i ono …
Trzeba iść – idą … Skraj nieba czerwoną
syci się barwą, nad dymów płachtami.
Idą … Nie zbłądzą – idą wszak nie sami:
idą w tej wielkiej bezdomnej gromadzie,
która schron dla swej nędzy zawsze znajdzie…

 

Pot ścieka…
Czerwcowe, długie popołudnie. Z nieba
żar w miasto bije i od murów bucha.
Są zamówienia – wyrobić je trzeba
na czas! Rób – choćbyś wyzionąć miał ducha!
W salce pod dachem siedzi ich czterdzieści,
jedna przy drugiej, czterdzieści nuperek:
mniej – według majstra – niż da się pomieścić,
gdyż jest miejsc dosyć dla czterdziestu czterech.
Jak on oblicza – Bóg wie! Trudna rada:
musi być słuszne to, co majster twierdzi!
Więc – piersiom nie brak tchu, więc – nie wypada
igła z omdlałej ręki, pot nie śmierdzi.
A jeśli któraś robotnica głową
huknie w stół („wody! bryznąć w twarz! do skroni!”),
lub inna zacznie ni stąd i ni zowąd
w krzykliwej pasji wielką kłótnię o nic,
– to i cóż? Wie się: baby! Baby… Zgięte,
półnagie, brudne i potem cuchnące,
rwą supły: palce wzdłuż sztuki ze wstrętem
skaczą, między jej początkiem i końcem.
Siódma. – Ach, jeszcze dwie pełne godziny!…
Pot ścieka… – „Z wosku jesteście?” – kpi sobie
majster. Lecz nagle się chwieje – i siny
zwisa… Cuci go śmiech czterdziestu kobiet.

 

Robotnicy sezonowi
Sezonowi. Czekali całą zimę długą
na pracę i zarobek tych kilku miesięcy,
kiedy można budować, kopać – i jeśli więcej,
sprawić sobie choć buty i koszulę drugą.
Głodni, zziębli, czekali, żebraczym zasiłkiem
spychając czas, dzień za dniem, tydzień za tygodniem
Wiosna! wiosna – nareszcie! Ludzi niezawodnie
przyjmie się! Lato… Czy chcą grać z ludźmi jak w piłkę?
Na placu rojno. Wrzawa stłoczonej gromady
rwie się w złowróżbnych szeptach. – „Wybrać delegatów”
– Idą, pędzeni, szczuci, niby świstem batów,
krzykiem: „Nie ustępować! Nie wchodzić w układy!”
Delegaci słuchają: budżet… wąskie ramy…
zachwiany kredyt… mniejsze wpływy… zaległości!
Liczby… liczby… kolumny znaków… – „Cierpliwości
co i z czem rozpoczynać? Pieniędzy nie mamy!…”
Nie mają? Czekać, aż się sytuacja zmieni?
– Delegaci wychodzą chwiejnym, starczym krokiem.
Mówią· Tłum zrazu milczy w skupieniu głębokiem,
w końcu ryknie: „Znów czekać?! Pokąd? Do jesieni?
A potem czekać całą zimę – zimę drugą?!
Kto może jeszcze czekać i kto czekać będzie?!”
Nogi, ręce, tułowia prężą się w obłędzie:
– „Dość czekania! Czekaliśmy widać zbyt długo!”

 

Kolonie letnie
Kolonje, półkolonje – dla tych wielkich rzesz dzieci
ze wszystkich ulic Bałut, Kozin, Chojen, Widzewa,
gdzie słońce nie dociera, chociaż najjaśniej świeci,
do piwnic i suteryn lub strychy tak rozgrzewa,
że w nich we dnie i w nocy tchu piersiom chciwym brak…
Kolonje, półkolonje – dużo, a mało tak!…
Kolonje, półkolonje – chwilowy odpoczynek
dla biednych płucek, które gruźlica niszczy stale:
tak dużo, a tak mało, że dobrodziejstwo w winę
zamienia się, gdy Nędza podnosi je zuchwale
i strąca złym, chrapliwym śmiechem dziecięcych mas
– „Kolonje, półkolonje – TO ma uzdrowić nas?!”

 

„Głos Poranny” [numer i rok do sprawdzenia]

W suterenie
Wilgotna suteryna z oknami na północ:

stół, krzesła, szafa, łóżka dwa dziwnych rozmiarów,
kolebka – roztrzęsione w podrzucaniach czółno –
barłóg w kącie… Powietrze, pełne trosk i swarów…
Dziesięć głów, w tem dziecięcych pięć: trzy pokolenia
gnieżdżą się razem w lochu – w tak nazwanym „domu”.
Było głów więcej, zanim syn wpadł do więzienia
i córka w mrok ulicy zbiegła pokryjomu.
Dziadek ma drobną rentę (oczy mu w fabryce
wyżarło), babkę z łaski przy szmatach ktoś trzyma,
Ojciec wilka, a matka grubą wrzecionnicę
obsługują. Dziewczyna wciąż zajęcia nie ma.
Zato chłopcu los sprzyjał wzięli go (majstrował
Setka) do kotonmaszyn jako pomocnika.
Będzie dobrze zarabiał… jeśli go nie złowi
inspektor pracy, w twarz mu patrząc” – „Gdzie metryka?”
Gdy konjunktura dobra – gdy są nadgodziny –
z łącznej wypłaty zniosą do czterdziestu złotych;
gdy marniejsza, gdy cichną wały, pasy, liny,
rwą się liczby w książkach, by wątki roboty…
Wilgotna suteryna z oknami na północ
staje się coraz bardziej ponura i biedna…
Nikt nie trąca kolebki – tonie w pustce czółno…
Ze wszystkich dziur wyszczerza zęby groźba jedna:
eksmisja!!
– Więc się ciągle zbiera i oszczędza
„na gospodarza” od ust chciwych „na komorne”
odejmuje kartofli… Sprawdza grosze Nędza:
brak jeszcze… Cyfry skaczą nabrzmiałe, potworne…

 

Z głodu
Upadł z głodu: nic w ustach od dni kilku nie miał.
Szukał pracy: wzdłuż ulic, z trudem włócząc nogi,
szedł i szedł… Nagle pod nim zatańczyła ziemia –
runął! Zdradzieckie nieraz są utarte drogi!

Leży na zabłoconym, zimnym trotuarze,
uroczysty w gałganach i czapce na głowie.
Ktoś woła policjanta… koś coś robić każe…
ktoś kogoś czyni winnym… Trąbka: Pogotowie!
Żyje? – Dać zastrzyki!!
– „To ich jedyna odtrutka!”
– „Nie mądrz się tak!” – „Milcz! syty kałdunie!” – „Ha, ha, ha!”
Znów trąbka: do zbiorni miejskiej!! – Sprawa krótka
– „Rozchodzić się!” – Policjant groźnie pałką macha.

 

 

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Maria Przedborska – poetka z inspekcji pracy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s