mityczne Parki i potężna rewia pracy

Wydaje mi się, że w opisywaniu robotnic najwięcej zmieniło się dopiero w międzywojniu. Między innymi dlatego, że reportaże z Łodzi zaczęły pisać również kobiety. Poza tym zachwyt niektórych dziennikarzy nad modernizacją (miasto-masa-maszyna, jazz i kino dźwiękowe!) musiał się przełożyć na chociaż szczątkowe próby zrozumienia działania przemysłu i napędzających go robotników/robotnic (pamiętajmy, że Polska gospodarczo i mentalnie była krajem agrarnym). Był już też na tyle oswojony, że można go było poetyzować inaczej niż tylko obrazami anonimowych czarnych robotniczych rojów i splamionej krwią bawełny. I na przykład Zygmunt Nowakowski zapędza się nawet w mitologię, a poza tym w rytm, rytm, rytm pracy maszyn. Przy tych maszynach prządki, w których Nowakowski nagle dostrzegł pokrewieństwo z obrazami mitycznych bogiń przeznaczenia, co przędły, mierzyły i przecinały nić ludzkiego życia.

Zygmunt Nowakowski, Miasto Ariadny, w: Geografia serdeczna, Warszawa 1931 (przedruk w antologii Uśmiech Ariadny, Łódź 1973):

Dotąd jeszcze drga we mnie każdy nerw od przejmującego wspomnienia ruchu miliona szpulek, które nawijają kończącą się chyba w nieskończoności – białą nić.
(…)

I przy tym jakaś przedziwna siła – w dosłownym znaczeniu atrakcyjna, bo ciągnie, chwyta, jakby za ramiona, pcha wprost w tryby tysięcy kół. Trzeba się strzec, mieć na baczności, obciągać mocno płaszcz dookoła siebie, aby nie porwał jakiś pas! Bo wśród tej oślepiającej bieli bawełny, połykanej przez stalowe gardziele machin, wśród białego pyłu, który mimo wentylatorów wdziera się do nosa, krtani, płuc – wszystko zdaje się czyhać na zahipnotyzowanego, zdumionego widza… Huk, huk bez przerwy, diabelski, piekielny… Ani sekundy spoczynku, wytchnienia! Łomotanie pulsu w skroniach i posmak gorączki na wargach…

I bawełna, wszędzie bawełna! Surowa w belach i workach, potem rozbijana na kawałki, na jakieś bezkształtne kupy, które stalowe ramiona maszyn unoszą do góry, rozrywają w strzępy, rzucają do kadzi, piorą, gotują, prażą… Z tego wirowego tańca drutów i kół, pasów i dźwigni, rodzi się w niewytłumaczony dla mnie, cudowny wręcz sposób, nić, wątek przędzy, gruby najpierw, potem coraz cieńszy i cieńszy… Potem te miliardy miliardów nici zbiegają się w jakieś płótno, barchan, biały, kolorowy, w desenie, kwiaty… Zwoje, Cheopsowe piramidy, całe góry tych barchanów i płócien piętrzą się w obłędnym tempie, wyrastają spod ziemi, spadają w kaskadach z góry…

 Tłumaczono mi wszystko z niezmienną, wyszukaną uprzejmością, ale słuchałem jednym uchem, a do drugiego wpadał opętańczy łoskot motorów. W rezultacie z całego bawełnianego procederu nie zapamiętałem właściwie nic. Mam tylko w oku i uchu ten ogrom,  ten zorganizowany chaos dźwięków i wirowych ruchów, które w sumie stwarzają najwspanialszy film dźwiękowy, jaki było mi dane w życiu oglądać. Film, lepszy niż przeboje w Hollywood, potężna rewia pracy!

 Rzecz dziwna, w połowie wycieczki ogarnął mnie nagle paniczny lęk, chęć gwałtownej ucieczki z tego tajemniczego państwa stalowych tytanów, po którym snują się ciche robotnice, milczące, zaklęte wróżki-automaty. Nie wiem, czy stare, czy też postarzałe, czy siwe naprawdę, czy też ubielone bawełnianym pyłem? Lecz są wśród nich takie, które przeżyły w fabryce pięćdziesiąt lat. Pomyśleć, pięćdziesiąt lat w tym piekle! Ani jednej zdecydowanie młodej twarzy nie widziałem.

(…)

 Kiedym tak patrzył na nie, jak snuły się dookoła wyciągniętych szeregów szpulek, nie przyszło mi już  go głowy drogą asocjacji Ariadna z kłębkiem nici w ręce. Ani nie przypomniała mi się „pracowna Arachne, z którą kłóci się wietrzyk i rwie jej przędziwo”… Nie, nie! Ani Ariadna, ani Arachne… Z mitologicznych wspomnień (…) wyłoniły się nagle… Parki. Parki stare – co nożycami tną przędziwo”

 Spojrzałem więc na te robotnice jakoś inaczej, niż patrzyłem dotychczas. Nie wiem, jak? Może nie ze współczuciem, ale w każdym razie z szacunkiem… A potem (nie wiem, jak to się stało), ale mój kolega zdjął kapelusz, a ja – mimo protestu towarzyszącego nam majstra – poszedłem za jego przykładem. I odtąd zwiedzaliśmy fabrykę z gołą głową…

 

Parki. (gr. Mojry. germ. Norny, słow. Rodzianice). W mitologii rzymskiej: Nona, Decima i Morta. Obraz Alfreda Agache’a, ok. 1885 r. Źródło: Joconde: Portail des collectionsdes musées de France (http://tiny.pl/gwhtg)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s