„Ziemia obiecana” – odczytanie chłoporobotnicze

Udało mi się przejść przez całą edukację, w tym dziesięć lat czytania o Łodzi najrozmaitszych książek, i nie otrzeć nawet o reymontowską Ziemię obiecaną. Nadszedł jednak czas, by zmierzyć się z kanonem.

Ołówkowe komentarze prowadzone wytrwale na marginesach egzemplarza wypożyczonego z biblioteki wojewódzkiej, potwierdzają intuicję, że przerabianie tego według klucza szkolnego byłoby wątpliwą przyjemnością („Moryc – gotowy do przekrętów”, „Karol – nieuczciwy w uczuciach”). Przeczytałam lekturę nie myśląc o filmie, wolna od wszelkich nacisków i ciekawa, ile można znaleźć robotnic pomiędzy historią tych trzech, co nie mieli nic, a więc w sam raz, żeby wziąć kredyt i bogato się ożenić. Otóż – niewiele. Na ironię zakrawa fakt, jak często współczesne władze Łodzi lubią przywoływać wyrwane z kontekstu cytaty z Ziemi obiecanej, która stanowi przecież paszkwil na przemysłowe miasto szybkich fortun, dewiantów, „geszeftów”, oszustw i plajt. To swego rodzaju Wilk z Wall Street osadzony w XIX wieku z wariacjami antysemickimi i wkładką romansową (po której znać, że powieść wydawana była w odcinkach w „Kurierze Codziennym”).

Pierwsze „masy pracujące” pojawiają się na stronie 12 (wyd. Biblioteki Narodowej), w charakterze czarnego roju. Dla równowagi, jako rój została opisana też bogata, fabrykancka publiczność w teatrze, ale to ona stanowi główne postaci całości. Robotnicy pozostają rojem cichym, milczącym, co najwyżej stukającym drewniakami (półmartwi, obojętni, smutni). Klasy wyższe to wrzawa, zblazowana, cyniczna, zepsuta.

Tysiące robotników, niby ciche, czarne roje, wypełzło nagle z bocznych uliczek, które wyglądały jak kanały pełne błota (…) napełniło Piotrkowską szmerem kroków, brzękiem blaszanek błyszczących w świetle latarń, stukiem suchym drewnianych podeszew trepów i gwarem jakimś sennym oraz chlupotem błota pod nogami.

 

Reymont zresztą utrzymywał, że fabrykanci łódzcy przekupili cenzurę rosyjską, żeby wykreśliła najbardziej obrażające ich fragmenty, ale późniejsi badacze-grzebacze zaliczyli to raczej do legend tworzonych chętnie przez samego pisarza.

 

– I ta robocza masa to ludzie.
– Bydło, bydło – wykrzykiwał bijąc kijem w taboret z całych sił. – Pan się tak nie patrz na mnie, ja tak mówić mogę, bo ja ich wszystkich żywię.
– Tak, ale oni pracują dosyć dobrze na to żywienie, zarabiają.
– U mnie zarabiają, ja im daję zarobek, oni mnie powinni całować po nogach, bo jakbym im nie dał roboty, to co? (…) – Zdechliby z głodu, panie Borowiecki, jak psy.

 

Robotnice i robotnicy zajmują więcej miejsca tylko w dwóch scenach całej opowieści, obie są okrutne, ale i prawdziwe (wnioskuję z zestawienia z badaniami historycznymi). Ich opisy – na zmianę naturalistyczne i poetyckie – pobudzają wyobraźnię, choć podejrzewam, że w szkołach analizuje się na ich przykładzie raczej styl pisarski niż treści społeczne. Pierwsza to wypadek.

tom I, rozdz. VIII

    Kilkanaście kobiet pracowało w tej białej, chłodnej i prawie cichej sali, zapełnionej niedostrzegalnym prawie obłokiem pyłu bawełnianego, który powstawał z tego strzyżenia materiałów, wisiał nad postrzygalniami, oblepiał powłoką ludzi i maszyny i trząsł się szarawy gęstym mchem na transmisjach obracających maszyny i ginących w suficie.
    Borowiecki obejrzał się tylko po sali i szedł do windy, aby zjechać na dół, gdy rozległ się krótki, straszny ryk ludzki.
    Jedno z kół, wprawiających w ruch maszyny, schwyciło nieostrożnie przysuniętego robotnika za kaftan, wciągnęło go w swój ruch, rzuciło na maszynę, obróciło, zgniotło, połamało o maszynę, zmiażdżyło i wyrzuciło miazgę, nie przestając iść ani na chwilę.
    Krew bluznęła aż pod sufit i czerwonym strumieniem oblała maszynę i część towaru leżącego przy niej, i najbliżej stojące robotnice.
    Krzyk się rozległ ogromny, maszynę zatrzymano, ale było już za późno; krwawa masa zwieszała się z osi koła i z różnych części maszyny, opadając na ziemię, ciężka, drgająca jeszcze odruchami życia.
    Ratunku nie było żadnego, bo robotnik był literalnie zmiażdżony, leżał niby kupa mięsa krwawą plamą na białym tle perkalów surowych.
    Podniosły się ciche płacze kobiet, a nawet kilka starszych poklękało przy trupie i zaczęły głośno odmawiać litanię za konających, robotnicy pozdejmowali czapki, niektórzy żegnali się nabożnie i  wszyscy kołem skupili się przy zabitym. W oczach nie błyszczał żal, a tylko świeciła jakaś dzika, surowa apatia.
    Sala ogłuchła, tylko w tej ciszy rozlegały się płacze kobiet i szum, i łoskot sal sąsiednich robiących bez ustanku.
(…) Przyleciał i główny majster oddziału i widząc salę bezczynną i ludzi zbitych koło trupa, krzyknął już od drzwi:
– Do maszyn!
    Rozlecieli się wszyscy jak ptaki spłoszone przez jastrzębia i po chwili sala znowu szła, wszystkie maszyny były w ruchu prócz tej jednej, okrwawionej zbrodnią, ale którą natychmiast zaczynano oczyszczać.
– Verflucht! tyle materiału na nic! – klął majster oglądając poplamiony krwią perkal i zaczął wymyślać robotnikom za nieostrożność, i groził, że całej sali każe wytrącić za ten materiał.
    Borowiecki już nie słyszał tego, bo winda piorunowo zapadła się z nim i wyrzuciła go do farbiarni. Nie zrobił ten wypadek na nim żadnego wrażenia, był przyzwyczajonym do tego.

 

W dziesiątym rozdziale pierwszego tomu pojawia się wreszcie dziewczyna fabryczna, Zośka (zbałamucona zresztą później przez fabrykanta Kesslera), ale przypis wydawnictwa natychmiastowo gasi nadzieję na więcej: Zośka Malinowska jest w powieści jedyną przedstawicielką kobiet zatrudnionych w łódzkich fabrykach. Tymczasem z końcem XIX wieku kobiety, młodzież i dzieci stanowiły aż 59,6% ogółu zatrudnionych. Na przykład w roku 1892 na 31 642 włókniarzy było 13 452 kobiety (42,2%) i 886 dzieci (2,8 %).

Kilkaset stron później, po dziesiątkach szemranych interesów, rozważaniach o różnicach rasowych i doprawdy momentami już nieznośnych romansowych przygodach cyt. „jedynego Don Juana w Łodzi” Borowieckiego (Uwodził kobiety na zimno, bo wypadały mu taniej niż płatne kochanki), następuje druga ważna scena, zahaczająca o kwestie wykorzystywania seksualnego robotnic przez majstrów i zarządców fabryk. Z dziesiątek poszukujących pracy kobiet wybierano raczej te ładne. Żeby „było przyjemniej”, żeby „cieszyły oko”. Brak uległości oznaczał groźbę utraty pracy. Podobnie było w przypadku służących w prywatnych domach.

drugi tom, rozdz. XII

– Chciałem cię zaprosić do siebie na dzisiejszy wieczór, będzie parę osób.
– Mała domowa knajpa? jak w przeszłym roku, co?
– Nie, przyjacielska herbata, pogawędka i kilka niespodzianek…
– Niespodzianki tutejsze?
– Import, ale będą też miejscowe dla amatorów. Przyjdziesz?
(…)
Przy długich pralnicach, chlapiących dookoła wodą, pracowali tylko mężczyźni, ale przy gręplach rozlegały się kobiece głosy, które umilkły natychmiast po wejściu Kesslera.
    Robotnice oniemiały, z wlepionymi oczami w maszyny stały jak szeregi automatów, otoczone wałami wełny niby brudną pianą tego szumiącego morza maszyn, zwojami pasów i kół warzących dziko, bezustannie. (…) Małymi oczkami uważnie oglądał najmłodsze i najprzystojniejsze robotnice, które z wolna pod tym taksującym spojrzeniem czerwieniły się, ale nie podnosiły oczów.
    Przy niektórych przystawał, pytał się o robotę, oglądał wełnę i zapytywał Moryca po niemiecku:
– Cóż na to powiesz?
– Resztki dla parobków – odpowiadał z pogardą, ale przy jednej rzekł:
– Ta ma pyszny fason, szkoda, że piegowata…
– Ładna, musi mieć białą skórę! Milner! – krzyknął na majstra, prowadzącego salę.
    Gdy tamten stanął przed nim, cicho spytał się o nazwisko dziewczyny i zapisał je w notesie.
    Poszli dalej, przechodząc dwa razy salę w różnych kierunkach, nie mogąc nic więcej wybrać odpowiedniego, bo robotnice były przeważnie brzydkie, wynędzniałe i zniszczone przez prace.
– Chodźmy do przędzalni, tutaj już nic się nie wyłowi, same resztki.
     W przędzalni białej, jakby zasypanej śniegiem wełny, zalanej światłem spadającym z góry przez szklane dachy, panowała dziwna, ogłuszająca cisza.
    Wszystkie maszyny były w szalonym ruchu, pracowały jakby w skupieniu wielkim, z zapartym oddechem, bez hałasu, czasami tylko rozległ się ostry, krótki skowyt kół rozpędowych i milknął zalany oliwą, porwany przez miliardy drgań, co jak ledwie wyczute pomruki burzy szalały nad maszynami.
    Czarne, roztrzęsione pasy i transmisje podobne do zwojów wężów z sykiem goniły się wciąż, rzucały się do sufitu, odpadały na błyszczące koła, które obracały, przewijały się wzdłuż ścian, leciały wskroś sufitów, powracały i otaczały z obu stron długie przejścia przez sale jakby pasmami czarnej, szalejącej w ruchu przędzy, przez którą niewyraźnie się rysowały ruchy salfaktorów, podobnych do szkieletów potwornych ryb prehistorycznych, które skośnym ruchem biegły naprzód, chwytały białymi zębami szpulkę wełny i cofały się ze zdobyczą, snując za sobą setki białych nici.
    Robotnicy, jakby przykuci do maszyny, zapatrzeni w przędzę, poruszali się automatycznie, biegli za salfaktorai, cofali się przed nimi, błyskawicznie sczepiali pęknięte nici i głusi, ślepi na wszystko, co było za nimi, pilnowali ruchów bestyj.
– Tamta czarna, przy przędzy zwijanej, co? – szepnął Kessler wskazując w drugą połowę sali,  gdzie zwijano i motano przędzę, na silną brunetkę o pysznie rozwiniętych kształtach, dobrze się rysujących przez lekką sukienkę i koszulę z rękawami, zapiętą pod szyję, bo z powodu strasznego gorąca wszystkie pracowały rozebrane do możliwości.
– Wspaniała, wspaniała. Nie znacie się jeszcze?
– Dopiero miesiąc robi u nas (…)
Rozpylacze wody działały nieustannie; drążcy pył wodny, podobny do rozprysków tęczy, siał się i opadał na maszyny, ludzi, stosy przędzy śnieżnej, na te dzesiątki tysięcy wrzecion okręcających się dookoła siebie z przejmującym szmerem , podobnych w jaskrawym świetle słońca, padającym z góry, do tysiąców białych wirów szalejących w różowawych świetlistych nimbach.
    Kessler wynotował jeszcze dwie dziewczyny i wyszli przeprowadzani nienawistnymi spojrzeniami.

Dlaczego więc kobiety zatrudniały się w fabrykach? Po pierwsze z przymusu ekonomicznego. Jednak to, co Reymont postrzegał wyłącznie jako mechaniczne zniewolenie (od maszyny i od fabrykanta) było jednocześnie przestrzenią wolności osobistej, jakiej nie dane było doświadczać ani służbie, ani po-pańszczyźnianym chłopom i chłopkom (akcja powieści dzieje się przecież zaledwie pokolenie po uwłaszczeniu w zaborze rosyjskim). Dawało możliwość dysponowania „sobą” poza pracą, dysponowania pieniędzmi w gotówce, bycia częścią masy ludzkiej, która razem mogła stawić realny opór w obronie swojej godności. Wiejskie dziewczyny nie chciały iść na służbę, opuszczając swoje małorolne albo bezrolne rodziny na rzecz Łodzi, walczyły o miejsce w zapylonej fabryce i postrzegały je jako awans społeczny. Serio. (zob. np. badania Marty Sikorskiej-Kowalskiej, Bronisławy Kopczyńskiej-Jaworskiej etc.)

Nasz drogi noblista nie zaglądał tak głęboko w łódzką społeczność. Miał w ogóle jakąś „ślepą plamkę” na pańszczyznę, co uświadomił mi ostatni wywiad z Kacprem Pobłockim (cyt. Jak trudno włączyć historię wsi pańszczyźnianej do polskich wielkich dzieł kultury, pokazuje przykład Władysława Reymonta – za miejsce akcji „Chłopów” obrał on Lipce, wieś zdominowaną przez niezależnych i bogatych chłopów, a nie Krosnowę, wieś pofolwarczną, w której faktycznie pomieszkiwał.).

Dla Reymonta chłop trafiający do fabryki to człowiek wchodzący w miejską nędzę, rozstający się tylko ze złotymi łanami zbóż i ludową kulturą. Fakt, ale było to również rozstanie z nędzą wiejską, siecią zależności i robieniem po kostki w błotnistej ziemi przy zimnej mżawce. O ile w ogóle było na czym robić. Chłopka – choć jej praca była na wsi wyceniana równo do męskiej – symbolicznie postrzegana była czasem przez męża jako mniej wartościowa niż dobra dojna krowa. Przykłady miejskiego awansu z chłopstwa w powieści stanowią tylko Kaczmarek, kombinujący dorobkiewicz na cegielni i Wilczek, antypatyczny lichwiarz. Pominę tu już stosunek pisarza do polskiej szlachty, który na bazie Ziemi obiecanej rysuje się jako „love-hate relation”, z ciążeniem na sentymentalne przywiązanie (które uwieńczył nabyciem w 1920 r. mająteczku w Kołaczkowie koło Wrześni).

Skoro już zbliżam się tu do tonu licealnej rozprawki, pozostaje mi tylko przyłączyć się do chóru recenzentów (Wyka, Romankówna, Flach, jak informuje wstęp do wydania Biblioteki Narodowej), którzy zwracali uwagę, że Reymont wyraźnie usunął  poza krąg swoich zainteresowań proletariat łódzki. Dziwne o tyle, że okres, w którym rozgrywa się powieść (lata 80. lub początek 90. XIX w.) należał do bardzo niespokojnych w relacjach przedsiębiorcy – robotnicy/e, co eskalowało w sześciodniowym Buncie Łódzkim.

Dobrze, że dostrzegał chociaż, że Łódź wyrastała dynamicznie na drugie co do wielkości miasto w Królestwie Polskim na bazie wyzysku dużo tańszej pracy kobiet i nieletnich. Nie było to zresztą zjawisko wyjątkowe, raczej reguła ówczesnego europejskiego kapitalizmu (dziś przesunięta do krajów globalnego Południa), w którym przemysł włókienniczy odegrał określoną rolę. Ale o tym już innym razem.

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s